09/08/2026
Dawno żadna wystawa nie zaskoczyła mnie tak jak „Art Déco i Sacrum. Sztuka dekoracyjna dwudziestolecia międzywojennego” w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Bo, umówmy się, kiedy myślimy „kościelne wzornictwo”, Łempicka raczej nie ustawia się pierwsza w kolejce.
Art déco najczęściej kojarzymy właśnie z Tamarą Łempicką, eleganckimi wnętrzami, modą, plakatami i chłodnym luksusem lat 20. i 30. Tymczasem charakterystyczne cechy art déco – geometryzację form, symetrię, uproszczony kontur, płaskie pola koloru, zygzaki i promieniste układy – świetnie widać także w sztuce sakralnej: rzeźbie, złotnictwie, hafcie, grafice, książce, kartkach świątecznych oraz projektach wyposażenia kościołów. Wychodzi na to, że art déco potrafiło urządzić i salon, i kościół. W międzywojniu z geometryzacją było trochę jak dziś z remontami dróg w Warszawie: jak już ruszyło, to od razu wszędzie.
Na pierwszej w Polsce tak dużej wystawie poświęconej art déco w sztuce sakralnej – kuratorkami są Anna Kostrzyńska-Miłosz i Agnieszka Kasprzak – znalazło się ok. 160 obiektów. Wielką frajdę sprawiało mi podpatrywanie, jak ten styl ujawnia się w rzeczach, z którymi zwykle go nie kojarzymy. Skrzydła aniołów układają się w rytmiczne pasy, aureole w koła i promieniste tarcze, szaty w zwarte płaszczyzny, a w krucyfiksie Jeana Lamberta-Ruckiego nawet żebra Chrystusa zostały sprowadzone do kilku równych, dekoracyjnych linii. W przedmiotach liturgicznych, które częściej kojarzymy z miękkim ornamentem i bogatym zdobieniem, nagle rządzą proste bryły, żłobienia i mocna symetria. Forma musiała być dopięta na ostatni zygzak, nie ma przebacz😁
Na wystawie jest mnóstwo rzeźb, ale mnie urzekła smukła, niemal architektoniczna „Immaculata Conceptio Masoviensis”, czyli „Mazowiecka Niepokalana” Janiny Broniewskiej, wyróżniona medalem na Salonie Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w 1927 r. Nieopodal stoi drewniana „Madonna zbójnicka” ze Szkoły Zakopiańskiej – niziutka, krępa, pękata i rozczulająca. Od razu przypomniała mi ludowe figurki Matki Boskiej, które ćwierć wieku temu widywałam na domowych ołtarzach na Jukatanie: właśnie takie małe, krąglutkie i obłe. Urocze.
Oczarował mnie też przypisywany Stanisławowi Szukalskiemu brodaty, jakby zastygły w ruchu „Stwórca”, zbudowany z ostrych, mocno ciętych płaszczyzn i z dramatycznie wyciągniętą w stronę widza dłonią. Jest też spektakularna kropielnica Augusta Zamoyskiego, formisty i jednego z najbliższych przyjaciół Witkacego. Razem tworzyli, spierali się o sztukę, chodzili po górach i imprezowali w Zakopanem, a czasem zapewne robili wszystko naraz.
Jeszcze bardziej zachwyciła mnie oryginalna urna Albina Żyty na ziemię z grobu Joachima Lelewela, historyka i działacza politycznego, którą to ziemię polscy bibliofile i bibliotekarze złożyli 11 listopada 1935 r. na kopcu Józefa Piłsudskiego. Urna ma przepiękne uchwyty w formie ptaków. Uproszczonych, bo w art déco nawet ptak nie może wyglądać, jakby przed chwilą nastroszony wyleciał z byle krzaczora.
Na wystawie jest bardzo dużo fantastycznych grafik, m.in. Władysława Skoczylasa, jednego z twórców polskiej szkoły drzeworytu i profesora, który wykształcił całe pokolenie grafików. Czerpał z drzeworytu ludowego, sztuki Podhala i ornamentyki góralskiej, łącząc je z nowoczesnym rytmem i uproszczeniem formy. Można podziwiać jego m.in. „Madonnę Karmiącą”, a obok oryginalny dwustronny klocek drzeworytniczy, czyli drewnianą matrycę, z której wykonywano odbitki. Dla mnie kapitalne jest to, że można zobaczyć jednocześnie i gotową grafikę, i fizyczny przedmiot, z którego powstała. To trochę tak, jakby w kawiarni do zamówionego cappuccino podawali od razu ekspres. Jeśli byłby to SMEG, to sumie dlaczego by nie.
Oprócz Skoczylasa są też pokazani inni ważni twórcy międzywojennej grafiki, którzy uczyli się pod jego kierunkiem: Stanisław Ostoja-Chrostowski, Kazimierz Wiszniewski i Wiktoria Goryńska. Wszyscy fascynowali się nowoczesnym drzeworytem, mocnym konturem, rytmem i dekoracyjnym uproszczeniem formy. Czyli żadnego „od Sasa do Lasa”, raczej wszyscy od Skoczylasa.
Pojawia się też Wojciech Jastrzębowski, jeden z najważniejszych artystów polskiego art déco, który projektował wnętrza, meble, tkaniny, witraże i grafikę użytkową. Na wystawie jest m.in. jego „Gwiazda zaranna”, dekoracja ławki do kościoła św. Idziego w Wyszkowie, w której wieloramienna gwiazda została sprowadzona do ostrej, prawie abstrakcyjnej geometrii – człowiek na nią patrzy i ma wrażenie, że aż kłuje go w oczy.
Wspaniała jest też kartka noworoczna Jastrzębowskiego dla Towarzystwa Szkoły Ludowej z życzeniami: „Z nowym rokiem… pomyślności, Boga, chleba, dobrych gości”. Dla mnie to akurat byłyby antyżyczenia, bo ja nie lubię mieć gości, ani złych, ani dobrych. W domu siedzę sama ze zwierzyńcem i ładuję akumulatorki. Dziki dzik ze mnie. Najlepszy gość to taki, który spotyka się ze mną na mieście.
W drugiej sali można podziwiać fantastyczne okładki międzywojennych czasopism, m.in. „Tęczy” i „Kobiety w Świecie i w Domu” - szałowy tytuł, jakby dom nie był częścią świata. Na jednej z okładek „Tęczy” Madonna wygląda jak bohaterka eleganckiego magazynu z lat 30.: gładka twarz, dekoracyjna chusta, ograniczona paleta i bardzo nowoczesna kompozycja. I jak tu nie myśleć o Łempickiej, to ja doprawdy nie wiem.
W tej samej sali jest mnóstwo ślicznych kolorowych kartek bożonarodzeniowych i wielkanocnych, m.in. Marii Werten czy Pawła Poraj-Paradowskiego, którego praca „Wśród nocnej ciszy / Głos się rozchodzi…” została „twarzą” wystawy. Podziwiałam je z moją Mamą i wierzcie mi, że to był chyba pierwszy raz, gdy ona zrobiła w muzeum więcej zdjęć niż ja.
Prawdziwym rarytasem są „Pastorałki” Tytusa Czyżewskiego z drzeworytami Tadeusza Makowskiego, wydane w Paryżu w 1925 r. To bibliofilska edycja licząca zaledwie 520 numerowanych egzemplarzy, z 13 drzeworytami Makowskiego, wydrukowana na ręcznie czerpanym papierze. Czyżewski był malarzem, poetą i jednym z głównych twórców polskiego formizmu; działał w tym samym awangardowym środowisku co Witkacy, Leon Chwistek i bracia Pronaszko. Tworzyli, wystawiali i spierali się o sztukę, czasem chyba z większym zapałem niż ją tworzyli.
Makowski z kolei był polskim malarzem związanym z École de Paris, dziś najbardziej kojarzonym z charakterystycznymi postaciami dzieci wyglądającymi jak kukiełki. Obok oryginalnego egzemplarza „Pastorałek” znajduje się ekran, na którym przewijają się kolejne strony publikacji, więc spokojnie można obejrzeć wszystkie drzeworyty.
Jednym z najważniejszych eksponatów jest przepiękny komplet liturgiczny projektu Zofii Stryjeńskiej – tej Zofii Stryjeńskiej – z 1929 r., przechowywany na co dzień w katedrze wawelskiej. Do tej pory nigdy nie był prezentowany szerokiej publiczności, a prezentować jest co. Haftowane motywy roślinne są uproszczone, rytmiczne i podporządkowane całej kompozycji, wiadomo, geometryzacja i porządek muszą być. Komplet kapitalnie pokazują typowe dla polskiego art déco połączenie nowoczesnej formy z inspiracją sztuką ludową. Mam wrażenie, że momentami nie doceniamy, jak wyjątkową i własną odmianę art déco stworzyliśmy w Polsce.
Obok kompletu Stryjeńskiej można zobaczyć jeszcze jeden przepiękny obiekt z nią łączony: szopkę bożonarodzeniową z ok. 1925 r., przypisywaną tej artystcej. W centrum, w niewielkiej kapliczce, stoi Matka Boska z Dzieciątkiem, wokół niej krążą Mędrcy ze Wschodu, inne postacie i zwierzęta, a jeden z Mędrców trzyma nawet maleńką kadzielnicę na łańcuszkach. Całość jest bardzo kolorowa, uproszczona, wyraźnie inspirowana sztuką ludową, a przy tym wygląda niemal jak zabawka. Tylko jakbym spróbowała się tym pobawić, to zaraz przybiegłoby pół muzeum.
Równie ciekawe są dwa pozostałe komplety liturgiczne z 1921 oraz 1914/1919 r. W tym drugim na czerwonym tle pojawiają się Orzeł Biały, korona, tarcze, krzyże i haftowane napisy. Bardzo podoba mi się w tak eleganckim wydaniu połączenie religijnego charakteru przedmiotu z patriotyczną symboliką czasu wojny i odzyskiwania niepodległości. Łatwo zapomnieć, że ogląda się szaty liturgiczne, bo tak wciąga nowoczesny i oryginalny design sprzed ponad wieku.
A w ogóle nie napisałam najważniejszego!! Kontekstem dla całej ekspozycji jest Międzynarodowa Wystawa Sztuk Dekoracyjnych i Nowoczesnego Przemysłu w Paryżu w 1925 r., to właśnie jej nazwy pochodzi późniejsze określenie „art déco”. Polska reprezentacja odniosła w Paryżu ogromny sukces, a jednym z jej najważniejszych elementów była „Kapliczka Bożego Narodzenia” Jana Szczepkowskiego, nagrodzona Grand Prix. W polskim pawilonie pokazywano też prace Zofii Stryjeńskiej, Henryka Kuny i Wojciecha Jastrzębowskiego, a teraz ich dzieła możecie oglądać na wystawie „Art Déco i Sacrum. Sztuka dekoracyjna dwudziestolecia międzywojennego” w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej.
Macie na to czas do 13 września.
Serio to kapitalna wystawa o polskim wzornictwie, grafice, rzeźbie i kulturze wizualnej dwudziestolecia międzywojennego.
Jak Wam się podoba? Też zaskoczyło Was połączenie art déco ze sztuką sakralną?
Kamila Tuszyńska