Wernisażeria / Kamila Tuszyńska

Wernisażeria / Kamila Tuszyńska Wernisażeria – dr Kamila Tuszyńska
Największy w Polsce blog o sztuce Wernisażeria to największy polski blog o sztuce. Ambitnie. Sama do siebie bym zaglądała.

Jednocześnie to więcej niż blog o sztuce, pisanie o samej sztuce, krytyka sztuki i recenzje wystaw. Nazywam się Kamila Tuszyńska, jestem doktorem nauk humanistycznych i ze sztuką, wizualnością i literaturą mam do czynienia na co dzień praktycznie, teoretycznie, akademicko i towarzysko. Prywatnie i zawodowo jestem propagatorką sztuki i kultury we wszystkich obszarach życia. Moim naturalnym środowis

kiem są wernisaże, stąd pomysł na ten blog. Brakowało mi przestrzeni, gdzie, nieskrępowana żadnymi normami ani akademickimi, ani gatunkowymi, mogłabym pisać teksty o sztuce, które nie są nudnymi recenzjami ani napuszoną jak ogon persa krytyką sztuki. Nie wyglądają tez jak napisane przez prosty algorytm, czyli nie serwują zestawionych w dowolnej kolejności zmechaconych postmodernistycznych zwrotów rodem z niektórych recenzji, tekstów kuratorskich albo z kursów z historii sztuki. Kocham sztukę i na Wernisażerii od początku chciałam dzielić się wrażeniami z odwiedzanych przeze mnie wystaw i sprawiać, żebyście “zwiedzali” je razem ze mną oraz przybliżać sztukę dawną oraz współczesną. Dlatego na Wernisażerii piszę, jak myślę. Moje wpisy to subiektywne, merytoryczne, pełne zaskakujących dygresji i specyficznego humoru, mocno osadzone w kulturze, historii oraz literaturze teksty o sztuce pełne zdjęć. Wernisażeria to pierwszy lifestylowy blog o sztuce i wernisażach, bo kultura i sztuka to mój styl życia, nie moda. Jedyna moda, która nigdy nie przemija, to moda na intelekt. Wernisażeria: 100% wernisaży, sztuki, kultury i intelektu. Czym dokładnie jest Wernisażeria i o co w niej chodzi, można przeczytać na stronie https://wernisazeria.com. Moja strona https://wernisazeria.com to odrębna platforma z innymi tekstami niż na Facebooku, więc treści się nie dublują. Na STRONIE WWW piszę długaśne FELIETONY WERNISAŻOWE - ok. 22.000 znaków każdy, tak że jest co czytać do kawy albo wina. Koniecznie zaglądajcie też na mój INSTAGRAM, wrzucam naprawdę ciekawe stories. Dołączcie też do naszej grupy na Facebooku WYZWANIE WERNISAŻERII. Zostańcie częścią Wernisażeryjnego uniwersum, jest prawie tak samo fajne jak Gwiezdnych Wojen, a zdecydowanie łatwiej do niego dołączyć. Zapraszam do współpracy, więcej informacji:
http://wernisazeria.com/kontakt

Kamila Tuszyńska


I odpowiadając na Wasze pytania: tak, zawodowo mam coś wspólnego z pisaniem. Sama piszę, a 13 lat temu zaczęłam uczyć tego studentów. Więcej na mój temat możecie przeczytać tu:
https://www.kamilatuszynska.com/o-mnie.html
Jest szansa, że kiedy zacznę cierpieć na nadmiar tajemniczej jednostki czasu zwanej "więcej", uzupełnię swoją stronę. Na razie musicie żyć z tym, co na niej jest.

🎉Wystawa i KONKURS‼️Do wygrania przepięknie wydana książka „Mela Muter. Gorączka życia” Karoliny Prewęckiej Art & Modern...
18/08/2026

🎉Wystawa i KONKURS‼️Do wygrania przepięknie wydana książka „Mela Muter. Gorączka życia” Karoliny Prewęckiej Art & Modern Foundation, nad którą objęłam patronat.

W tym roku jest 150. rocznica urodzin Muter, więc można było oczywiście strzelić jej klasyczną retrospektywę, ale Art & Modern Foundation zrobiła coś znacznie lepszego: całą wystawę „Odbite w sztuce. Kwestie społeczne w twórczości Leopolda Gottlieba i Meli Muter” zbudowała wokół jednego szalenie ciekawego wątku – tego, na kogo Muter właściwie patrzyła.

Muter i Gottlieb znali się, przyjaźnili, interesowali ideami lewicowymi i mieli podobną wrażliwość, więc to zestawienie nie powstało po stu latach, bo kurator miał akurat taką fantazję.

Melę Muter kojarzymy przede wszystkim jako autorkę wzruszających obrazów matek z dziećmi oraz świetną portrecistkę ówczesnej elity Paryża: pisarzy, muzyków i intelektualistów. Ale Muter równie chętnie malowała mieszkańców wsi, ludzi pracujących fizycznie, ubogich, starsze osoby czy Romów. Wśród tych mniej „reprezentacyjnych" bohaterów pojawia się też „Muzykant”– ciekawe, czy miał na imię Janek czy, w wersji lokalnej: Jean; równie dobrze mógł mieć na imię Pierre, bo dlaczego by nie😁

Na wystawie jej prace zestawiono z twórczością Gottlieba, który też pasjami malował ludzi z biedniejszej warstwy społeczeństwa: nędzarzy, rybaków, ludzi pracujących na polu czy nosiwodów (szałowa nazwa zawodu). Słowem – postacie, które historia sztuki zwykle wpuszczała do obrazu bocznym wejściem i jeszcze kazała im nie zasłaniać pejzażu. Chłop ze słomą miał robić klimat w lewym dolnym rogu, a nie nagle przejmować cały obraz. No bez przesady.

Najciekawsze jest to, że w przypadku Muter i Gottlieba nie chodzi o dział „problemy społeczne”, półka trzecia od lewej, bieda, wykluczenie, proszę nie dotykać eksponatów. Ci artyści traktują portretowanych jak pełnoprawnych bohaterów malarstwa. Okazuje się, że bez nazwiska, pieniędzy czy odpowiedniego miejsca na drabinie społecznej można dostać całe płótno tylko dla siebie. Dziś wydaje się to oczywiste, ale przez wieki panowało przekonanie, że jak już biedny ma wejść do obrazu, to najlepiej z grabiami i dyskretnie.


Wystawa "Odbite w sztuce. Kwestie społeczne w twórczości Leopolda Gottlieba i Meli Muter”nie jest duża,
ale za to smakowita i prace są fantastycznie wyeksponowane.

Możecie podziwiać obrazy, rysunki, akwarele i drzeworyty. Macie na to czas jeszcze tylko do poniedziałku.

Trzeba się spieszyć❤️


Przy okazji wystawy "Odbite w sztuce. Kwestie społeczne w twórczości Leopolda Gottlieba i Meli Muter”Art & Modern Foundation wydała też genialną książkę. Karoliny Prewęckiej „Mela Muter. Gorączka życia”. Jest to drugie wydanie, rozszerzone o nowe rozdziały, a w środku czeka Was multum prac i fotografii i opowieść o sztuce Muter, Paryżu, relacjach, polityce, wielkich uczuciach i równie wielkich stratach. „Gorączka życia” to z jednej strony biografia, a z drugiej - album. Dwa w jednym, prawie jak szampon z odżywką albo toster z GPS-em.


W poście są wyłącznie prace Gottlieba, które można zobaczyć na wystawie, ale jeśli chodzi o Muter, to wrzuciłam Wam nie tylko materiał z wystawy, ale też kilka zdjeć jej obrazów, znaczy zdjęcia stron z obrazami. Sami więc możecie zobaczyć, jak świetnej jakości są te reprodukcje. A w publikacjach o sztuce wcale to nie jest norma.

Jestem bardzo szczęśliwa, że objęłam patronat nad taką wspaniałością, którą możecie wygrać. Tak więc teraz:

KONKURS‼️

Możecie wygrać egzemplarz książki „Mela Muter. Gorączka życia” Karoliny Prewęckiej.. Wystarczy, że w komentarzu pod tym postem, nie pod którymś zdjęć luzem, odpowiecie na pytanie:

Gdyby Mela Muter mogła sportretować jedną osobę z Waszego życia, kogo byście wybrali i dlaczego ⁉️

Na odpowiedzi czekam PÓŁNOCY W NIEDZIELĘ. Nazwisko zwycięzcy oraz zrzut zwycięskiej odpowiedzi wrzucę w komentarzu do tego posta do końca środy.

Pamiętajcie, żeby odpowiedzi pisać pod postem, a nie pod którymś ze zdjęć łudź

Wernisażeria / Kamila Tuszyńska

Dawno żadna wystawa nie zaskoczyła mnie tak jak „Art Déco i Sacrum. Sztuka dekoracyjna dwudziestolecia międzywojennego” ...
09/08/2026

Dawno żadna wystawa nie zaskoczyła mnie tak jak „Art Déco i Sacrum. Sztuka dekoracyjna dwudziestolecia międzywojennego” w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Bo, umówmy się, kiedy myślimy „kościelne wzornictwo”, Łempicka raczej nie ustawia się pierwsza w kolejce.

Art déco najczęściej kojarzymy właśnie z Tamarą Łempicką, eleganckimi wnętrzami, modą, plakatami i chłodnym luksusem lat 20. i 30. Tymczasem charakterystyczne cechy art déco – geometryzację form, symetrię, uproszczony kontur, płaskie pola koloru, zygzaki i promieniste układy – świetnie widać także w sztuce sakralnej: rzeźbie, złotnictwie, hafcie, grafice, książce, kartkach świątecznych oraz projektach wyposażenia kościołów. Wychodzi na to, że art déco potrafiło urządzić i salon, i kościół. W międzywojniu z geometryzacją było trochę jak dziś z remontami dróg w Warszawie: jak już ruszyło, to od razu wszędzie.

Na pierwszej w Polsce tak dużej wystawie poświęconej art déco w sztuce sakralnej – kuratorkami są Anna Kostrzyńska-Miłosz i Agnieszka Kasprzak – znalazło się ok. 160 obiektów. Wielką frajdę sprawiało mi podpatrywanie, jak ten styl ujawnia się w rzeczach, z którymi zwykle go nie kojarzymy. Skrzydła aniołów układają się w rytmiczne pasy, aureole w koła i promieniste tarcze, szaty w zwarte płaszczyzny, a w krucyfiksie Jeana Lamberta-Ruckiego nawet żebra Chrystusa zostały sprowadzone do kilku równych, dekoracyjnych linii. W przedmiotach liturgicznych, które częściej kojarzymy z miękkim ornamentem i bogatym zdobieniem, nagle rządzą proste bryły, żłobienia i mocna symetria. Forma musiała być dopięta na ostatni zygzak, nie ma przebacz😁

Na wystawie jest mnóstwo rzeźb, ale mnie urzekła smukła, niemal architektoniczna „Immaculata Conceptio Masoviensis”, czyli „Mazowiecka Niepokalana” Janiny Broniewskiej, wyróżniona medalem na Salonie Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w 1927 r. Nieopodal stoi drewniana „Madonna zbójnicka” ze Szkoły Zakopiańskiej – niziutka, krępa, pękata i rozczulająca. Od razu przypomniała mi ludowe figurki Matki Boskiej, które ćwierć wieku temu widywałam na domowych ołtarzach na Jukatanie: właśnie takie małe, krąglutkie i obłe. Urocze.

Oczarował mnie też przypisywany Stanisławowi Szukalskiemu brodaty, jakby zastygły w ruchu „Stwórca”, zbudowany z ostrych, mocno ciętych płaszczyzn i z dramatycznie wyciągniętą w stronę widza dłonią. Jest też spektakularna kropielnica Augusta Zamoyskiego, formisty i jednego z najbliższych przyjaciół Witkacego. Razem tworzyli, spierali się o sztukę, chodzili po górach i imprezowali w Zakopanem, a czasem zapewne robili wszystko naraz.

Jeszcze bardziej zachwyciła mnie oryginalna urna Albina Żyty na ziemię z grobu Joachima Lelewela, historyka i działacza politycznego, którą to ziemię polscy bibliofile i bibliotekarze złożyli 11 listopada 1935 r. na kopcu Józefa Piłsudskiego. Urna ma przepiękne uchwyty w formie ptaków. Uproszczonych, bo w art déco nawet ptak nie może wyglądać, jakby przed chwilą nastroszony wyleciał z byle krzaczora.

Na wystawie jest bardzo dużo fantastycznych grafik, m.in. Władysława Skoczylasa, jednego z twórców polskiej szkoły drzeworytu i profesora, który wykształcił całe pokolenie grafików. Czerpał z drzeworytu ludowego, sztuki Podhala i ornamentyki góralskiej, łącząc je z nowoczesnym rytmem i uproszczeniem formy. Można podziwiać jego m.in. „Madonnę Karmiącą”, a obok oryginalny dwustronny klocek drzeworytniczy, czyli drewnianą matrycę, z której wykonywano odbitki. Dla mnie kapitalne jest to, że można zobaczyć jednocześnie i gotową grafikę, i fizyczny przedmiot, z którego powstała. To trochę tak, jakby w kawiarni do zamówionego cappuccino podawali od razu ekspres. Jeśli byłby to SMEG, to sumie dlaczego by nie.

Oprócz Skoczylasa są też pokazani inni ważni twórcy międzywojennej grafiki, którzy uczyli się pod jego kierunkiem: Stanisław Ostoja-Chrostowski, Kazimierz Wiszniewski i Wiktoria Goryńska. Wszyscy fascynowali się nowoczesnym drzeworytem, mocnym konturem, rytmem i dekoracyjnym uproszczeniem formy. Czyli żadnego „od Sasa do Lasa”, raczej wszyscy od Skoczylasa.

Pojawia się też Wojciech Jastrzębowski, jeden z najważniejszych artystów polskiego art déco, który projektował wnętrza, meble, tkaniny, witraże i grafikę użytkową. Na wystawie jest m.in. jego „Gwiazda zaranna”, dekoracja ławki do kościoła św. Idziego w Wyszkowie, w której wieloramienna gwiazda została sprowadzona do ostrej, prawie abstrakcyjnej geometrii – człowiek na nią patrzy i ma wrażenie, że aż kłuje go w oczy.

Wspaniała jest też kartka noworoczna Jastrzębowskiego dla Towarzystwa Szkoły Ludowej z życzeniami: „Z nowym rokiem… pomyślności, Boga, chleba, dobrych gości”. Dla mnie to akurat byłyby antyżyczenia, bo ja nie lubię mieć gości, ani złych, ani dobrych. W domu siedzę sama ze zwierzyńcem i ładuję akumulatorki. Dziki dzik ze mnie. Najlepszy gość to taki, który spotyka się ze mną na mieście.

W drugiej sali można podziwiać fantastyczne okładki międzywojennych czasopism, m.in. „Tęczy” i „Kobiety w Świecie i w Domu” - szałowy tytuł, jakby dom nie był częścią świata. Na jednej z okładek „Tęczy” Madonna wygląda jak bohaterka eleganckiego magazynu z lat 30.: gładka twarz, dekoracyjna chusta, ograniczona paleta i bardzo nowoczesna kompozycja. I jak tu nie myśleć o Łempickiej, to ja doprawdy nie wiem.

W tej samej sali jest mnóstwo ślicznych kolorowych kartek bożonarodzeniowych i wielkanocnych, m.in. Marii Werten czy Pawła Poraj-Paradowskiego, którego praca „Wśród nocnej ciszy / Głos się rozchodzi…” została „twarzą” wystawy. Podziwiałam je z moją Mamą i wierzcie mi, że to był chyba pierwszy raz, gdy ona zrobiła w muzeum więcej zdjęć niż ja.

Prawdziwym rarytasem są „Pastorałki” Tytusa Czyżewskiego z drzeworytami Tadeusza Makowskiego, wydane w Paryżu w 1925 r. To bibliofilska edycja licząca zaledwie 520 numerowanych egzemplarzy, z 13 drzeworytami Makowskiego, wydrukowana na ręcznie czerpanym papierze. Czyżewski był malarzem, poetą i jednym z głównych twórców polskiego formizmu; działał w tym samym awangardowym środowisku co Witkacy, Leon Chwistek i bracia Pronaszko. Tworzyli, wystawiali i spierali się o sztukę, czasem chyba z większym zapałem niż ją tworzyli.

Makowski z kolei był polskim malarzem związanym z École de Paris, dziś najbardziej kojarzonym z charakterystycznymi postaciami dzieci wyglądającymi jak kukiełki. Obok oryginalnego egzemplarza „Pastorałek” znajduje się ekran, na którym przewijają się kolejne strony publikacji, więc spokojnie można obejrzeć wszystkie drzeworyty.

Jednym z najważniejszych eksponatów jest przepiękny komplet liturgiczny projektu Zofii Stryjeńskiej – tej Zofii Stryjeńskiej – z 1929 r., przechowywany na co dzień w katedrze wawelskiej. Do tej pory nigdy nie był prezentowany szerokiej publiczności, a prezentować jest co. Haftowane motywy roślinne są uproszczone, rytmiczne i podporządkowane całej kompozycji, wiadomo, geometryzacja i porządek muszą być. Komplet kapitalnie pokazują typowe dla polskiego art déco połączenie nowoczesnej formy z inspiracją sztuką ludową. Mam wrażenie, że momentami nie doceniamy, jak wyjątkową i własną odmianę art déco stworzyliśmy w Polsce.

Obok kompletu Stryjeńskiej można zobaczyć jeszcze jeden przepiękny obiekt z nią łączony: szopkę bożonarodzeniową z ok. 1925 r., przypisywaną tej artystcej. W centrum, w niewielkiej kapliczce, stoi Matka Boska z Dzieciątkiem, wokół niej krążą Mędrcy ze Wschodu, inne postacie i zwierzęta, a jeden z Mędrców trzyma nawet maleńką kadzielnicę na łańcuszkach. Całość jest bardzo kolorowa, uproszczona, wyraźnie inspirowana sztuką ludową, a przy tym wygląda niemal jak zabawka. Tylko jakbym spróbowała się tym pobawić, to zaraz przybiegłoby pół muzeum.

Równie ciekawe są dwa pozostałe komplety liturgiczne z 1921 oraz 1914/1919 r. W tym drugim na czerwonym tle pojawiają się Orzeł Biały, korona, tarcze, krzyże i haftowane napisy. Bardzo podoba mi się w tak eleganckim wydaniu połączenie religijnego charakteru przedmiotu z patriotyczną symboliką czasu wojny i odzyskiwania niepodległości. Łatwo zapomnieć, że ogląda się szaty liturgiczne, bo tak wciąga nowoczesny i oryginalny design sprzed ponad wieku.

A w ogóle nie napisałam najważniejszego!! Kontekstem dla całej ekspozycji jest Międzynarodowa Wystawa Sztuk Dekoracyjnych i Nowoczesnego Przemysłu w Paryżu w 1925 r., to właśnie jej nazwy pochodzi późniejsze określenie „art déco”. Polska reprezentacja odniosła w Paryżu ogromny sukces, a jednym z jej najważniejszych elementów była „Kapliczka Bożego Narodzenia” Jana Szczepkowskiego, nagrodzona Grand Prix. W polskim pawilonie pokazywano też prace Zofii Stryjeńskiej, Henryka Kuny i Wojciecha Jastrzębowskiego, a teraz ich dzieła możecie oglądać na wystawie „Art Déco i Sacrum. Sztuka dekoracyjna dwudziestolecia międzywojennego” w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej.

Macie na to czas do 13 września.

Serio to kapitalna wystawa o polskim wzornictwie, grafice, rzeźbie i kulturze wizualnej dwudziestolecia międzywojennego.

Jak Wam się podoba? Też zaskoczyło Was połączenie art déco ze sztuką sakralną?

Kamila Tuszyńska

🇫🇷PROSTO Z PARYŻA‼️W ostatnim dniu dotarłam na wystawę „Henri Rousseau, l’ambition de la peinture” w Musée de l'Orangeri...
27/07/2026

🇫🇷PROSTO Z PARYŻA‼️W ostatnim dniu dotarłam na wystawę „Henri Rousseau, l’ambition de la peinture” w Musée de l'Orangerie.

Zgromadzono na niej około 50 dzieł Rousseau z najważniejszych publicznych i prywatnych kolekcji. Po raz pierwszy zestawiono ze sobą dwa największe muzealne zbiory jego malarstwa – kolekcję Musée de l’Orangerie w Paryżu oraz Barnes Foundation w Filadelfii. Pokazano też obrazy, które od bardzo dawna nie były prezentowane obok siebie, a część z nich w ogóle po raz pierwszy w historii znalazła się na jednej wystawie. Nie ma jak spotkanie integracyjne z ponad stuletnim poślizgiem.

Ekspozycja składała się z siedmiu części: „Ja sam, malarz”, „Rousseau i jego krąg. Wynalezienie portretu-pejzażu”, „Wariacje i odmiany. W poszukiwaniu rynku”, „Aspiracje do malarstwa oficjalnego”, „U źródeł stylu”, „Własny styl” oraz „Obrazy-manifesty”.

Wszystkie części pokazywały, jak Rousseau – wcześniej urzędnik paryskiego „octroi”, czyli miejskiego urzędu pobierającego opłaty od towarów wwożonych do Paryża – krok po kroku budował własny język malarski i pozycję artysty. Nie był celnikiem granicznym w dzisiejszym znaczeniu, chociaż to właśnie od tej pracy wziął się jego przydomek „Le Douanier”, czyli „Celnik”. Kapitalny jest obraz „Rogatka miejska”, na którym Rousseau nie przedstawił konkretnego punktu poboru opłat, ale są fortyfikacje, słupki i umundurowane postacie bezpośrednio związane z jego ówczesnym zajęciem. Tak mu jakoś zleciały 22 lata, ale w wolnych chwilach malował w pracy. Gdyby wtedy istniał Teams, pewnie nigdy nie stworzyłby swoich słynnych dżungli, bo każdą wolną chwilę spędzałby na spotkaniach online.

Szalenie podobało mi się, że na wystawie przedstawiono Rousseau nie jako naiwnego amatora coś tam paciającego sobie po godzinach, tylko jako świadomego, ambitnego artystę, który – mimo braku formalnego wykształcenia – przez lata tak długo testował różne gatunki, aż stworzył własny styl, natychmiast rozpoznawalny. Myślisz dżungla – widzisz obraz Rousseau. Ewentualnie ofertę podróży do Kambodży Itaki.

Samouk Rousseau szukał swojego stylu, jednocześnie próbując zdobyć uznanie instytucji i znaleźć dla siebie miejsce na rynku, dlatego brał udział w konkursach, zabiegał o zakupy do państwowych kolekcji i tworzył obrazy przeznaczone dla różnych odbiorców – rozrzut chłopak miał niemożebny. Malował portrety osób ze swojego otoczenia (np. „Bryczka ojca Juniera”), modeli, których tożsamości do dziś nie udało się ustalić (np. „Portret pani M.”), martwe natury (np. „Dalie i stokrotki w wazonie” czy „Różowa świeczka”), pejzaże (np. „Klif”) oraz pejzaże miejskie (np. „Fabryka krzeseł w Alfortville” czy „Widok na wyspę Świętego Ludwika z mostu Henryka IV”, której to wyspy zdęcie zrobione podczas mojego wczorajszego spaceru po Paryżu wrzuciłam w stories). Malował też obrazy z kategorii: bez kategorii, takie jak „Posiłek królika”, uroczy zajęczak jest otoczony marchewkami i liśćmi sałaty. Jak widać Rousseau nie ograniczał się do jednego gatunku. W sumie nie ograniczał się właściwie do niczego.

Tym bardziej, że pojawiają się u niego nawet wątki polityczne, np. w „Artylerzystach” czy w obrazie o szałowym tytule „Przedstawiciele obcych mocarstw przybywający złożyć hołd Republice na znak pokoju”. Spotykają się na nim politycy i dygnitarze z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, a wokół pomnika Marianny – symbolu Republiki Francuskiej – tańczą paryżanie.

Wrzucam Wam ich zbliżenie, bo u Rousseau przeoczenie ludzi nie jest jakimś szczególnie wielkim wyzwaniem – tak jak chociażby w przypadku obrazu „Brzegi Bièvre w pobliżu Bicêtre”, na którym w pierwszym momencie między gigantycznymi drzewami trudno zauważyć czworo spacerowiczów. Trzeba dobrze się przyjrzeć, żeby namierzyć maleńkie postaci, a tym bardziej żeby zobaczyć, co one właściwie robią. Prawie jak u Boscha, tylko bez tej całej piekielnej imprezy: u Rousseau nikt nie ma lejka na głowie, nikt nie wygląda jak dzban na nogach, a tym bardziej nie ma w tułowiu urządzonego baru, w którym diabły robią za kelnerów, a w menu są ropuchy. Chociaż akurat to ostatnie byłoby bardzo francuskie.

Przedostatnią część wystawy, „Własny styl”, poświęcono słynnym dżunglom Rousseau. Pokazano m.in. „Las tropikalny z małpami”, „Zwiadowców zaatakowanych przez tygrysa” czy „Pejzaż egzotyczny z gorylem atakującym człowieka”. Artysta nigdy nie widział prawdziwej dżungli, malował ją na podstawie roślin oglądanych w Jardin des Plantes, wypchanych zwierząt, ilustracji prasowych i własnej wyobraźni. Dlatego te obrazy są tak dekoracyjne, nierzeczywiste i mocno teatralne – pełne ogromniastych liści, czających się w gąszczu zwierząt i scen jak ze snu o egzotyce. Momentami bardziej koszmaru, bo chyba mało kto marzy o wyjedźcie w tropiki z takimi atrakcjami. Może i all inclusive zawiera wszystko, ale niekoniecznie atak goryla, lamparta czy innego rezydenta dżungli.

Jednak chyba jeszcze bardziej od dżungli lubię jego dziwne, baśniowe lasy – jak w „Kobiecie spacerującej po egzotycznym lesie”, który to obraz widzicie za mną, czy w „Wieczorze karnawałowym” z Pierrotem i Kolombiną stojącymi pośród drzew tak nieruchomo, że wyglądają jak wklejeni do lasu. Całość jest niby znajoma, a jednocześnie lekko upiorna dzięki tym kompletnie od czapy kostiumom (stroju leśnika to one nie przypominają), niepokojącemu bezruchowi, czarnym, złowrogim drzewom oraz ledwie widocznej postaci obserwującej parę z ukrycia. Jakbyście mieli problem z namierzeniem jej – czai się pod markizą. Mówiłam, że bez powiększenia do Rousseau nie podchodź.

Na wystawie pokazano nie tylko jedne z jego najsłynniejszych obrazów, m.in. „Głodnego lwa rzucającego się na antylopę”, „Zaklinaczkę węży”, „Niemiłą niespodziankę” czy „Śpiącą Cygankę”, ale i wiele portretów-pejzaży, to jest wynalezionego przez niego gatunku. U Rousseau to nie jest po prostu „człowiek na tle natury”, ale portret, w którym otoczenie przekazuje dodatkowe informacje o przedstawionej osobie. Innymi słowy: drzewo jako dekoracja – nie; drzewo, które opowiada o życiu, tożsamości i ambicjach portretowanego – sadzimy.

O co dokładnie chodzi w tym gatunku świetnie widać w autoportrecie Rousseau „Ja sam, portret-pejzaż”. Przedstawił tam siebie jako malarza z niezbędnymi rekwizytami – paletą, pędzlem i beretem, a nawet akademickim odznaczeniem przypiętym do klapy marynarki – na tle symboli Wystawy Światowej z 1889 r.: międzynarodowych pawilonów, unoszącego się balonu i świeżutkiej wieży Eiffla. Czyli całego zestawu znaków, które mówią: jestem artystą nowoczesnego świata, należę do współczesnego Paryża i proszę traktować mnie poważnie. Kiedy „Ja sam, portret-pejzaż” pokazano na Salonie Niezależnych, krytykowano proporcje postaci. Niezła ironia losu, bo w 1923 r. to właśnie ten obraz stał się jednym z pierwszych dzieł artysty, które trafiły do muzealnej kolekcji. Najpierw problemem były proporcje, później problemem byłoby nie mieć tego obrazu w kolekcji. Jak to zwykle bywa, ostatecznie najbardziej nieproporcjonalna okazała się ocena krytyków.

Z kolei w portrecie-pejzażu „Przeszłość i teraźniejszość albo Myśl filozoficzna”, powstałym z okazji drugiego małżeństwa Rousseau, para stoi na tle drzew, przed nimi majaczą jakieś krzaczki, a nad nimi, w chmurach, unoszą się twarze zmarłych małżonków: pierwszej żony artysty Clémence Boitard oraz pierwszego męża Joséphine Noury. Celowo wyglądają niczym zjawy, ponieważ nawiązują robiących wówczas furorę fotografii spirytystycznych. Dzięki temu krajobraz nie jest dekoracją w stylu: trochę zieleni i zachmurzone niebo, tylko dopowiada historię życia i małżeństwa portretowanych. To taki odpowiednik naszego dzisiejszego: zdjęcia byłych trzymam w chmurze.

Mogłabym Wam długo pisać o Rousseau, bo bardzo go lubię. Na tylu jego wystawach już byłam, a i tak zawsze coś nowego zobaczę. O jednej z nich – „Du Douanier Rousseau à Séraphine. Les grands maîtres naïfs” w Musée Maillol w Paryżu – pisałam Wam już 7 lat temu.

No to proszę teraz krzyczeć, kto też lubi Rousseau❤️

Wiem, że wrzucam ten wpis już po zakończeniu wystawy, ale uznałam, że mimo wszystko warto ją Wam pokazać, bo jest przepiękna. Miałam wybrać się na nią już w maju, jednak, jak pamiętacie, musiałam zrobić sobie dwa miesiące wakacji, żeby moja ręka w końcu odzyskała pełną sprawność. Dlatego mogłam zobaczyć tę wystawę dopiero na sam koniec. Ale bardzo się cieszę, że mi się udało i teraz i Wy możecie nią się nacieszyć.

Kamila Tuszyńska

🇫🇷PROSTO Z PARYŻA‼️ W ostatniej chwili załapałam się na wystawę „Renoir et l’amour. La modernité heureuse (1865–1885)” w...
20/07/2026

🇫🇷PROSTO Z PARYŻA‼️ W ostatniej chwili załapałam się na wystawę „Renoir et l’amour. La modernité heureuse (1865–1885)” w Musée d'Orsay.

Wystawa „Renoir i miłość. Szczęśliwa nowoczesność (1865–1885)” składała się z siedmiu części tematycznych: „Sceny z życia bohemy”, „Fêtes galantes” (fr. „wytworne zabawy” to rodzaj malarstwa przedstawiającego eleganckie towarzystwo podczas zabaw, koncertów i zalotów), „Spotkania w mieście”, „Wycieczka za miasto”, „Kobiety i dzieci, bracia i siostry”, „Tancerze” oraz „Porwani przez tłum”. Swoją drogą, nazwa tej części idealnie oddaje to, co działo się na wystawie podczas jej ostatnich kilku dni.

Wystawę otwierał portret Renoira autorstwa Frédérica Bazille’a, a w dalszych salach dla równowagi można było podziwiać portret Bazille’a namalowany przez Renoira. To się nazywa bilans towarzyski. Zgromadzono ok. 50 obrazów z muzeów i kolekcji prywatnych z całego świata, oprócz Paryża m.in. ze Sztokholmu, Londynu, Kopenhagi czy Frankfurtu, ale mnie najbardziej ucieszyły wypożyczenia ze Stanów Zjednoczonych – z Bostonu, Los Angeles, Chicago, Filadelfii i Waszyngtonu. Mnóstwo z nich pierwszy raz widziałam „naocznie”, bo internetowo to nie raz i nie dwadzieścia siedem😁

I tak oto do należących do kolekcji Musée d’Orsay obrazów „Taniec w mieście” i „Taniec na wsi” dołączył „Taniec w Bougival”, na co dzień rezydujący w Museum of Fine Arts w Bostonie. Dzięki temu w końcu można było zobaczyć koło siebie wszystkie trzy przedstawienia tańczących par. Do „Tańca w mieście” pozowała Suzanne Valadon, która stawiała wówczas pierwsze kroki jako artystka, a do „Tańca na wsi” Aline Charigot, ówczesna partnerka i przyszła żona Renoira. Specjalnie wrzucam te trzy obrazy jeden po drugim, możecie ocenić, który do Was najbardziej przemawia.

Po raz pierwszy na żywo zobaczyłam także „Lożę w operze” z 1880 r., jedną z licznych „lóż” Renoira, która na co dzień znajduje się w Clark Art Institute w Williamstown. Z kolei z Filadelfii przyjechała „Młoda matka”, należąca do kolekcji Barnes Foundation. Renoir namalował ją podczas swojej pierwszej podróży do Włoch, zainspirowany Madonnami Rafaela, ale religijny motyw przeniósł do współczesnej scenki. Dziecko nadal siedzi kolanach matki, ale sacrum ustąpiło miejsca organizacji dnia. Życie.

Pierwszy raz zobaczyłam też na żywo dwa „wioślarskie” obrazy - „Wioślarzy" z 1875 r., śniadających w restauracji Fournaise, wypożyczoną z Art Institute of Chicago i z Phillips Collection w Waszyngtonie „Śniadanie wioślarzy”, dla odmiany również śniadających w restauracji Fournais.

Powiadam Wam, że obraz na żywo robi fenomenalne wrażenie. Chciałam zrobić sobie przy nim zdjęcie, ale był tam taki kociokwik, jakby w butiku Chanel ogłosili wyprzedaż -80%. W związku z tym zrobiłam zdjęcie przy „Balu w Moulin de la Galette”, a do słomianych kapeluszy na obrazie dobrałam słomianą torebkę, kapelusza nie miałam na podorędziu. W sumie wystawa też nie było organizowana na Montmartrze, a przed obrazem nikt nie tańczył, to nie mam co się przejmować.

Tyle obrazów Renoira już w życiu widziałam - nawet w zeszłym tygodniu wrzucałam Wam post z jego pracami z Musée des Beaux-Arts w Rouen - a i tak z wielką przyjemnością znów go oglądałam. Wiecie, jak jest - Renoira jak „krepsów" z Nutellą - nigdy nie mam dość.

Miałam zobaczyć tę wystawę już w maju, ale że zrobiłam sobie dwa miesiące wakacji (w końcu wyleczyłam rękę!!), więc dotarłam na nią tuż przed końcem. Mam nadzieję, że mimo to z przyjemnością obejrzycie obrazy, które rzadko opuszczają swoje kolekcje, a jeszcze rzadziej można zobaczyć je razem.

To teraz piszcie, które z tych obrazów widzicie po raz pierwszy w życiu ❤️

Kamila Tuszyńska

🇫🇷PROSTO Z FRANCJI‼️Z okazji wczorajszego Święta Narodowego Francji stoję przy wypełnionym flagami obrazem „Rue Saint-De...
15/07/2026

🇫🇷PROSTO Z FRANCJI‼️Z okazji wczorajszego Święta Narodowego Francji stoję przy wypełnionym flagami obrazem „Rue Saint-Denis” Claude’a Moneta w RMM Rouen. Bliźniacza praca, tyle że „La Rue Montorgueil”, znajduje się dla odmiany w Musée d'Orsay w Paryżu. Zabawne, że z okazji tego samego święta Monet namalował dwie znajdujące się blisko siebie ulice. A najlepsze jest to, że po rue Saint Denis – z przyczyn oczywistych – chodzę codziennie. Nawet to tam wczoraj oglądałam mecz, który Francuzi przegrali (niestety!!) z Hiszpanią. Wierzcie mi, że po jego zakończeniu atmosfera była bardzo odległa od Monetowskiej celebracji, bardzo.

Musée des Beaux-Arts w Rouen ma – poza Paryżem – najbogatszą kolekcję impresjonizmu we Francji. Zawdzięcza ją głównie François Depeaux – przemysłowcowi, mecenasowi i jednemu z najważniejszych kolekcjonerów impresjonistów. Przez jego kolekcję przewinęło się ok. 600 obrazów i rysunków, w tym ponad 60 Alfreda Sisleya i ponad 20 Claude’a Moneta. W 1909 r. Depeaux podarował miastu 52 obrazy i jeden pastel, tworząc w Rouen pierwszy tak ważny publiczny zbiór impresjonizmu poza Paryżem. Można? Można😁

W muzeum zobaczycie np. Moneta „Widok ogólny Rouen”, „Sekwanę w Port-Villez”czy jedną ze słynnych „Katedr w Rouen” albo „Most Boieldieu w Rouen” Camille’a Pissarra, na którym przemysłowe miasto niemal rozpływa się w świetle, dymie i nadrzecznej mgle. Dla mnie smaczkami w kolekcji są m.in. „Róże i lilie” fenomenalnej amerykańskiej artystki Mary Fairchild, „Młoda kobieta z lustrem” Augusta'a Renoira (modelka to Catherine Hessling, przyszła synowa malarza), „Wodospad Niagara zimą” Hippolyte'a Sebrona czy „W kawiarni” tak uwielbianego przeze mnie Gustave’a Caillebotte’a, o którego wystawie „Caillebotte. Peindre les hommes” w Musée d'Orsay pisałam Wam dwa lata temu. Podoba mi się rozrzut w tym muzeum, od paryskiej kawiarni do wodogrzmotów, nie rozdrabniają się.

Obok największych impresjonistów pokazano także mniej znanych artystów związanych z École de Rouen, między innymi Alberta Lebourga, Charles’a Angranda, Léona-Jules’a Lemaître’a, Josepha Delattre’a i Roberta Antoine’a Pinchona. Nie jest to więc kolejna wystawa pod tytułem „Patrzcie, mamy Moneta”, tylko opowieść o Normandii jako jednym z miejsc, gdzie impresjonizm dojrzewał między Sekwaną, fabrycznym dymem i pogodą o stabilności emocjonalnej aktorki dramatycznej.

A impresjonizm jest tylko częścią zbiorów – można podziwiać sztukę od XV w. do współczesności, np. obrazy Pietra Perugina, Gerarda Davida, Paola Veronesego, Petera Paula Rubensa, Caravaggia, Diega Velázqueza, Nicolasa Poussina, Théodore’a Géricaulta, Eugène’a Delacroix, Jeana-Auguste’a-Dominique’a Ingresa, Edgara Degasa, Gustave’a Moreau, Amedea Modiglianiego, Raoula Dufy’ego i braci Duchamp, ale ja w tym poście skupiłam się na impresjonistach, bo o nich prosiliście.

Najlepsze jest to, że cała kolekcja jest do obejrzenia za darmo!! Płatne bywają jedynie wystawy czasowe. Można wejść z ulicy, zobaczyć Moneta, Pissarra, Sisleya, Caillebotte’a, Renoira, Caravaggia, Velázqueza i Modiglianiego, po czym spokojnie iść na lunch i zagryźć zachwyt bagietką. Szanuję to.

A ja na sobie z okazji Fête nationale française miałam apaszkę w kolorach flagi francuskiej.

To teraz piszcie, jak kto był w Rouen no i jak Wam podoba się kolekcja, bo wiem, że wielu z Was, tak jak ja, kocha impresjonizm❤️

Kamila Tuszyńska

🎉PO KONKURSIE‼️Do wygrania książka „Nieobce. Opowieści o dziełach dawnych mistrzów w polskich zbiorach” Pawła Bienia, Wy...
06/07/2026

🎉PO KONKURSIE‼️Do wygrania książka „Nieobce. Opowieści o dziełach dawnych mistrzów w polskich zbiorach” Pawła Bienia, Wydawnictwo Naukowe PWN. To fascynujące biografie dwudziestu czterech obrazów z polskich muzeów różnych artystów i artystek – od Sofonisby Anguissoli przez Pietera Brueghla młodszego po Petera Paula Rubensa – które to obrazy przez lata nazywano „malarstwem obcym”, przeciwstawianym „naszemu” malarstwu, to jest polskiemu. Dziś mówi się raczej o „malarstwie europejskim”, co samo w sobie jest zabawne, bo wychodzi na to, że Polska nie leży w Europie. Ups 😁

Tymczasem Bień zwraca uwagę: jakie to właściwie „malarstwo obce”, skoro te dzieła od dawna są częścią historii polskich kolekcji, muzeów i pałaców, a ich losy prowadziły przez wojenne skrytki, powojenne transporty i konserwatorskie śledztwa. Całkowicie z tym się zgadzam: obcy może być ktoś, kto wpadł na chwilę, a nie ktoś, kto zostawił płaszcz w przedpokoju. Na kilka wieków. To już nie wizyta, to stały meldunek.

Książka opowiada o obrazach, które obecnie grzecznie wiszą w muzeach, ale zanim tam trafiły, zdążyły przeżyć więcej niż niejeden człowiek. Dowiecie się, kto je źle podpisał, kto przemalował, kto ukrył, kto wywiózł, kto pomylił autora, kto dopisał fałszywą sygnaturę, kto próbował ratować, a kto miał pomysł tak wybitny, że obraz spokojnie mógłby powiedzieć: „to ja już wolę wisieć krzywo”.

Książka zawiera mnóstwo przepięknych ilustracji i jest pełna różnych smaczków: przeczytacie między innymi o „Madonnie z Dzieciątkiem, św. Janem Chrzcicielem i aniołem” Sandra Botticellego jadącym w wagonie albo o „Damie z gronostajem” Leonarda da Vinci zawiniętej w koc w rządowym Chevrolecie. Bardzo mi się podoba, że mimo gigantycznego zaplecza merytorycznego autora, w książce pojawiają się żarty. Na przykład przy okazji „Madonny pod jodłami” Lucasa Cranacha starszego Bień pisze: „gdyby ktoś zorganizował kiedyś plebiscyt na najwdzięczniej namalowaną hubę, to narośl na drzewie stworzonym przez Cranacha byłaby moim zdaniem bezkonkurencyjna”. Aczkolwiek myślę, że moja trauma, czyli Szkoła z Barbizon, jak nic zajęłaby od razu pierwsze trzy miejsca, a potem jeszcze wysłała krowę po nagrodę publiczności.

Jeśli powiedziałabym Wam, że poczytacie o atrybucjach, konserwacji, wojennych losach i ambicjach kolekcjonerskich, to nie brzmi to zbyt szałowo, ale w rzeczywistości chodzi o szalenie interesująco opisane „życiorysy” obrazów. Obraz mógł zostać źle rozpoznany, przemalowany, ukryty, wywieziony, odzyskany, znaleziony po latach albo nagle stracić nazwisko, pod którym występował przez dekady. No działo się. Przy owych historiach „Trudne sprawy” brzmią równie emocjonująco jak program o tym, jak składać prześcieradła.

Bo jedne obrazy „znikały zaszyte w jedwabnej podszewce” („Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci), inne „odnajdowano za szafą” („Ekstaza św. Franciszka” El Greca), a jeszcze inne zaliczyły „schowek na łodzie” („Dama w tureckim stroju z wachlarzem” Jeana-Étienne’a Liotarda). Z kolei „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga miał trafić do Florencji, ale po drodze został przejęty na morzu przez gdańskiego korsarza Paula Benekego i w ten sposób stał się jednym z najważniejszych dzieł w Gdańsku, natomiast „Chrystus wśród doktorów” Cimy da Conegliano długo uchodził za dzieło Giovanniego Belliniego, bo ktoś dopisał mu bardziej „medialne” nazwisko. Dla mnie najciekawsza jest historia „Madonny pod jodłami” Cranacha, po wojnie podmienionej na kopię, którą przez lata brano za oryginał, a oryginał wywieziono z Polski w przebraniu „obciągniętej tandetną ceratą […] tacy do serwowania kawy”. Człowiek stoi w muzeum i myśli, że obraz od zawsze tak spokojnie sobie wisi, a on miał przygody jak wujek, który wrócił z wesela bez marynarki, ale za to z saksofonem.

Sami widzicie, że losy „nieobcych” obrazów są tak zaskakujące, że doprawdy nie wiem, jak można byłoby nie być żądnym poczytania o nich. Tak wiec jeśli jesteście żądni, to teraz:

KONKURS‼️
Możecie wygrać egzemplarz książki „Nieobce. Opowieści o dziełach dawnych mistrzów w polskich zbiorach” Pawła Bienia. Wystarczy, że odpowiecie w komentarzu pod tym postem, nie pod którymś zdjęć luzem, na pytanie:

Gdyby jeden obraz z muzeum mógł Wan opowiedzieć swoją historię, który obraz chcielibyście przepytać i dlaczego ⁉️

Na odpowiedzi czekam do PÓŁNOCY W PIĄTEK, a nazwiska zwycięzców ze zrzutami zwycięskich odpowiedzi wrzucę w komentarz do końca niedzieli.

Konkurs – START!!

Kamila Tuszyńska

Adres

Pl. Zamkowy 1
Kielce
25-010

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Wernisażeria / Kamila Tuszyńska umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Wernisażeria / Kamila Tuszyńska:

Skróty

Udostępnij