12/05/2026
🎉DUMA‼️Objęłam patronat nad OTWARCIEM Fabryki Zegarów Wieżowych, nowym oddziale Muzeum Rzemiosła w Krośnie. Założycielem Pierwszej Krajowej Fabryki Zegarów Wieżowych był Michał Mięsowicz, mistrz zegarmistrzowski, wizjoner (to on nalegał na elektryfikację Krosna), społecznik (dzięki niemu ponownie uruchomiono Szkołę Przemysłową Uzupełniającą, kuźnię talentów rzemieślniczych), nauczyciel, wiceburmistrz Krosna, a przede wszystkim rekin biznesu –zbudował prawie 300 zegarów działających do dziś, mechanizm jednego z nich możecie podziwiać w Fabryce Zegarów Wieżowych.
Mięsowicz to postać tak genialna i barwna, że dziwi mnie, że jeszcze nie powstał o nim film. Halo, Netflix, wygramolcie się z pozytywizmu i „Lalki” Prusa, a zainteresujcie się I połową XX wieku i Krosnem.
Wszystko tak mnie zafascynowało, że rozpiszę się dziś jak dzika!!
Jak Wam się nie chce teraz tyle czytać i nie kochacie Wernisażerii, przeczytajcie tylko poniższy akapit:
Bo straszliwie zależy mi na tym, żeby pokazać Wam, że nowy oddział Muzeum Rzemiosła to nie muzeum zegarów, tylko fascynująca opowieść o polskim nowoczesnym imperium technologicznym sprzed wieku, w którym zegary były dziełami sztuki odznaczanymi medalami w całej Europie. To opowieść o ambicji, technologii, obsesji mierzenia czasu, a także historia rodziny żyjącej wśród mechanizmów, fabryki oraz biznesu Mięsowicza. Jego zdjęcie mogłoby być ilustracją powiedzenia „czas to pieniądz”. Swoim krośnieńskim „tech imperium” zawojował Europę, to brzmi bardziej jak startup/fabryka Tesli XIX w. niż zwykła jakaś tam galicyjska fabryczka zegarków.
----------------------------------------------------------
A teraz ciąg dalszy postu, dla tych, co mają czas i kochają Wernisażerię😁
Zakład Michała Mięsowicza w Krośnie był czymś znacznie więcej niż zwykłym warsztatem zegarmistrzowskim. Ta pierwsza krajowa fabryka zegarów wieżowych wykonywała nowoczesne konstrukcje dla kościołów, ratuszów, koszar i szkół, a także dla dworców kolejowych. Oferowała ogromny wybór zegarów ściennych, zegarków kieszonkowych, amerykańskich budzików, wyrobów ze złota i srebra oraz przyborów optycznych – od okularów i cwikrów (pince-nez) po barometry i ciepłomierze. Był to właściwie ogromny, bardzo nowoczesny, prestiżowy salon z instrumentami, optyką i luksusowymi wyrobami. W jednej z reklam można przeczytać, że Fabryka „z sukcesem wyprodukowała i dostarczyła niemal 280 mechanizmów zegarów wieżowych, od Kołomyi po Hel”. Jak to się mówi – chłopak umiał w PR-y, pod względem marketingu „czasu” Mięsowicz zdecydowanie wyprzedził swój czas.
Jego persona sama w sobie jest fascynująca. Michał Mięsowicz urodził się w rodzinie mieszczańskiej 19 września 1864 r. w Korczynie koło Krosna. Jego ojciec, Franciszek, był znanym zegarmistrzem, prowadzącym własny zakład w Korczynie, więc logiczne, że syn poszedł w jego ślady. Naukę rzemiosła rozpoczął w wieku 13 lat, w 1877 r. No dobra, to może Netflix jednak niech nie gramoli się z tego pozytywizmu – „Lalka” dzieje się w latach 1878-1879, cofnijcie się o rok i od razu macie początki kariery Mięsowicza, nic, tylko kręcić. Po 5 latach ojciec wyzwolił go na czeladnika. W Fabryce Zegarów Wieżowych możecie zobaczyć oryginalny dokument cechowy, czyli formalne potwierdzenie nauki zawodu i wpisanie krośnieńskiego cechu jako „Majstra profesyi zegarmistrzowskiej”.
Ale sam master „profesyi” to jeszcze małe Miki – żeby zostać prawdziwym ekspertem, czeladnik musiał odbyć praktyki za granicą. U Mięsowicza padło na Pragę i Wiedeń, gdzie pracował w super znanej firmie „Emil Schauer”, która specjalizowała się w wytwarzaniu zegarów wieżowych. Po kilku latach, wyposażony w wiedzę dotyczącą najnowszych technologii, zawitał do Krosna. Rodzina Mięsowiczów zamieszkała w budynku wybudowanym pod koniec XIX w. w stylu wiedeńskiej secesji (nic dziwnego, że po „Emilu Schauerze” mistrz dobrze się tu czuł). I właśnie w tej willi, w 1901 r., powstała Pierwsza Krajowa Fabryka Zegarów Wieżowych prowadzona przez Michała Mięsowicza. U niego chyba nie istniało pojęcie work-life balance, bo miejsce pracy było jednocześnie domem. Jego rodziny też.
Bo w międzyczasie Mięsowicz został nie tylko mistrzem zegarmistrzowskim, ale i ojcem oraz mężem, nawet dwa razy. Z pierwszą żoną, Marią Sokołowską, miał dwoje dzieci, niestety, ich losy potoczyły się tragicznie: córka Izabella zmarła w wieku 18 lat na gruźlicę, a syn Eugeniusz, jako zawodowy wojskowy, zginął podczas przewrotu majowego, zaś sama Maria również niebawem zmarła. Następnie Mięsowicz ożenił się z Adelą i na świecie pojawiły się trzy córki: Leontyna, Zofia, Helena. Widać, jak nowoczesną rodziną byli Mięsowiczowie – córki rzemieślnika studiowały w czasach, gdy dla kobiet nie było to jeszcze oczywistością, Adela formalnie otrzymała nawet w 1939 r. tytuł zegarmistrzyni. To była rodzinna firma nawet na papierze.
W Fabryce Zegarów Mięsowicza w części pracowniano-fabrycznej jest biurko, przy którym Michał Mięsowicz, a później Adela z Heleną, przyjmowali klientów, zajmowali się korespondencją i prowadzili dokumentację – maszyna do pisania też jest. Można zobaczyć też kartę rzemieślniczą – przedwojenną dokumentację pracowników i uczniów zawodu związanych z fabryką Mięsowicza. Dla mnie hiciorem jest ówczesny język – np. potwierdzenie odbioru zaliczki za mechanizm zegarowy zaczyna się zwrotem: „Do Świetnej Dyrekcji Kasy Oszczędności Powiatu Limanowskiego w Limanowej”. Brzmi to trochę jak podryw na Tinderze, a nie korespondencja biznesowa😁
To właśnie Helena, która studiowała w Wyższym Studium Handlowym w Krakowie, po śmierci ojca w 1938 r. prowadziła biznes. Za jej kadencji fabryka realizowała ostatnie zamówienia oraz naprawy zegarów wieżowych dla kościołów i instytucji państwowych. Po wojnie z przyczyn oczywistych prowadzenie prywatnego zakładu stało się niemożliwe, ale Helena do końca życia pilnowała archiwum ojca i dzięki niej projekty, dokumenty i narzędzia możemy dziś podziwiać w muzeum.
Dzięki temu w Fabryce Zegarów Wieżowych czuć i fabrykę, i dom. Jedna z sal to – jak ja ją nazywam – Świat Mięsowicza. Odtworzono klimat mieszczańskiego wnętrza z epoki – z zachowanymi oryginalnymi meblami, przedmiotami takimi jak np. młynek do kawy czy krośnieński kilim z lat 30., i rodzinnymi fotografiami „Domu pod Zegarem”, czuć, że tu się żyło, bawiło i pracowało pełną parą. W tej sali są „ukryte” eksponaty – trzeba przekręcić kluczyk (tak jakbyśmy nakręcali zegar), a w gablotkach pojawią się prywatne drobiazgi takie jak torebka, toczek z piórkiem czy zestaw do higieny, np. Paixavon – produkowane we Lwowie mydło dziegciowe do mycia włosów. Dzięki takim obiektom można naprawdę wczuć się w epokę, choć wolę sobie nie wyobrażać, co taki szampon zrobiłby z moją rudą kręconą szopą. Zło by zrobił.
W całym muzeum jest mnóstwo starych filmów, nagrań (np. z Barbarą Suzanowicz, wnuczką Mięsowicza), „zawodowych” zdjęć z warsztatu oraz całe multum ciepłych, rodzinnych fotografii, w tym np. Michał Mięsowicz z wnukiem Eugeniuszem Studenckim, chłopcem o spojrzeniu równie serdecznym jak Damiena z „Omenu”. Na innym zdjęciu Mięsowicz jest ze swoim ukochanym kotem, obecnym na wielu fotografiach, zresztą na jeszcze innym zdjęciu mruczysław został ożywiony dzięki sztucznej inteligencji. Zawsze mówię, że właśnie do tego stworzono AI – do ożywiania zdjęć z kotami albo robienia zabawnych rolek z kotami. Ale chyba najciekawsze jest zdjęcie Heleny z pluszową małpką, która zachowała się i jest w gablotce obok zdjęcia!! Heleny już dawno nie ma, a maskotka wciąż żyje. Jak to powiedział stojący obok mnie 10-latek: „trochę to creepy, proszę pani”. Lepiej bym tego nie ujęła.
Na niższym piętrze muzeum znajduje się fabryka i warsztat zegarmistrzowski. Zgromadzono w nim oryginalne Mięsowiczowe narzędzia, tokarki, frezarki, stoły warsztatowe i setki specyficznych kluczy, młoteczków oraz trybów, których po śmierci Michała używały jeszcze Adela i Helena. Nie mam pojęcia, jak nazywa się 70% obiektów, ale nie przeszkadzało mi to w podziwianiu – co dokładnie jest w środku silnika, też nie wiem, a nie przeszkadza mi to w czerpaniu przyjemności z prowadzenia samochodu.
Na tym piętrze są również makiety budynków z zegarami Mięsowicza – od Cytadeli Warszawskiej (zniszczonej w trakcie II wojny światowej) przez Okręgowy Urząd Ziemski w Lublinie po ratusz w Krakowie czy wieżę farną w Krośnie. W 1987 r. podczas remontu wieży wymieniono tarcze zegarowe o średnicy 2 metrów, a oryginalna trafiła właśnie do muzeum w Krośnie.
To tu znajdują się oryginalne projekty zegarów wieżowych, księgi zamówień oraz medale zdobywane na wystawach we Lwowie, Krakowie, Wadowicach, Paryżu czy Saint Louis. Bo Fabryka Zegarów Mięsowicza zawojowała najpierw Galicję, a potem świat!! Jedna z sal stanowi „wystawę” sklepu Mięsowicza, ponieważ wyeksponowano różne przepiękne modele, które można było tu kupić. Zaprawdę uważam, że jako patronka powinnam dostać jeden na pamiątkę, najlepiej złoty, a skromny, wiadomo.
W ogóle to bardzo nowoczesna, multimedialna, interaktywna i korzystająca z nowych technologii wystawa, momentami bardziej przypominająca instalację immersyjną albo centrum nauki niż „klasyczne” muzeum rzemiosła. Można nawet zdać cyfrowo egzamin czeladniczy: „Jest rok 1924, zdajesz egzamin czeladniczy w profesji zegarmistrza przed mistrzem Michałem Mięsowiczem”. Ja zdałam za pierwszym podejściem, LinkedIn 1924 lubi to.
W Fabryce Zegarów Wieżowych nie ma obijania się – to nie jest „gablotkowe” muzeum, ciągle coś trzeba robić. Jak nie zdawać egzaminu, nakręcać kluczykiem zegar (o przepraszam, ścianę), to machać klepsydrą albo bez patrzenia na telefon próbować ocenić, kiedy minie 30 sekund. W tym celu trzeba przyłożyć dłoń do tabliczki i trzymać ją tak długo, jak Waszym zdaniem trwa pół minuty. Ja trzymałam 27,42 sekundy i – jak się okazało – miałam jeden z najbardziej zbliżonych do ideału wyników. Bardzo to ciekawe, bo w domu, jak się zbieram do wyjścia, to wydaje mi się, że minęło 7 minut, a okazuje się, że 19. Wychodzi na to, że powinnam stroić się na wernisaże w Fabryce Zegarów Wieżowych w Krośnie.
Zresztą czas jest drugim po Mięsowiczu bohaterem wystawy, to jemu poświęcono pierwszą salę. W Fabryce Zegarów Wieżowych czas jest nie tylko czymś fizycznie mierzonym, ale i czymś filozoficznym oraz egzystencjalnym. Macie pełen przegląd, bo różni myśliciele, filozofowie i naukowcy – od Sokratesa i Platona, przez św. Augustyna i Kanta, po Einsteina i Husserla – próbowali odpowiedzieć, czym właściwie jest czas. Z tego miejsca pozdrawiam moich byłych studentów, których katowałam fenomenologią Husserla. Zawsze mogło być gorzej, mogłam kantować Kantem.
Dowiecie się też, jak mierzono czas przed smartwatchami: zegary słoneczne, wodne, wahadłowe, wychwyty, mechanizmy astronomiczne. Wychwyt możecie nawet poruszyć, nakręcając zegar – wychwyt to taki Chuck Norris czasu, tylko on może kontrolować przepływ energii w mechanizmie. Swoją drogą znacie ten kawał? „Chuck Norris potrafi zatrzymać czas. Po prostu mówi: siad"😁
W muzeum można też obejrzeć film „Mięsowicz. Konstruktor czasu” w reżyserii Piotra Sawickiego, w którym w postać Michała Mięsowicza wcielił się Bartłomiej T**a. To nie jest klasyczny dokument historyczny, ale bardziej opowieść o człowieku obsesyjnie mierzącym czas, rytmie życia i relacji człowieka z technologią. Po jego obejrzeniu doszłam do wniosku, że Mięsowicz zwątpiłby w siebie, widząc, ile według mnie trwa „minuta do wyjścia”.
Z wielkim zainteresowaniem chłonęłam tę dotąd nieznaną mi wiedzę czasową, co jest dość zabawne, jak na osobę, która nigdy nie nosi zegarka i wszędzie się spóźnia – od wernisaży po własne urodziny. Zawsze z godnością odpowiadam: jestem wcześniakiem, przyszłam na świat przed czasem, to teraz całe życie mogę się spóźniać.
Na wystawie jest tyle smaczków, że aż trudno mi przestać pisać. Dzięki nim zamiast muzeum techniki otrzymujemy historię wielkiego imperium, a jednocześnie stojącej za nim rodziny. Tu medale i odznaczenia, a tam kot wtulony w Mięsowicza i małpka Heleny; tu dokumenty cechowe, a tam prywatne zdjęcia. Powiem Wam, że jestem oczarowana tą ekspozycją i pod względem wizualnym, i pod względem merytorycznym, i pod względem narracyjnym. Tak jak napisałam w stories – tak się robi wystawy w 3. dekadzie XXI w., uczcie się, inne muzea, które radośnie tkwią w 2021 r.
Aaa, bym zapomniała: na zdjęciu widzicie mnie z dr Martą Rymar, dyrektor Muzeum Rzemiosła w Krośnie, oraz ze słynnym zegarmistrzem, Tadeuszem Raczynskim, bez którego chyba połowa zegarów w Paryżu zakończyłaby żywot. Raczynski podczas weekendu otwarcia Fabryki Zegarów Wieżowych wprowadził nas w tajniki warsztatu zegarmistrza. Byłam ciekawa, czy dowiem się czegoś np. na temat naszego Gustava Beckera z końca XIX w. / początku XX w. – podobny zegar można zobaczyć też na wystawie wśród oryginalnego wyposażenia domu Mięsowiczów. Nasz egzemplarz stracił wahadło w trakcie Powstania Warszawskiego i specjalnie nie dorobiliśmy oryginalnego. W takiej postaci jest jednym z wielu przedmiotów przypominających o historii naszej rodziny.
O masz, patos wjechał na salony, więc teraz mówcie patronce, jak się podoba Fabryka Zegarów Wieżowych?
Kamila Tuszyńska