Wernisażeria

Wernisażeria Wernisażeria – dr Kamila Tuszyńska
Największy w Polsce blog o sztuce Wernisażeria to największy polski blog o sztuce. Ambitnie. Sama do siebie bym zaglądała.

Jednocześnie to więcej niż blog o sztuce, pisanie o samej sztuce, krytyka sztuki i recenzje wystaw. Nazywam się Kamila Tuszyńska, jestem doktorem nauk humanistycznych i ze sztuką, wizualnością i literaturą mam do czynienia na co dzień praktycznie, teoretycznie, akademicko i towarzysko. Prywatnie i zawodowo jestem propagatorką sztuki i kultury we wszystkich obszarach życia. Moim naturalnym środowis

kiem są wernisaże, stąd pomysł na ten blog. Brakowało mi przestrzeni, gdzie, nieskrępowana żadnymi normami ani akademickimi, ani gatunkowymi, mogłabym pisać teksty o sztuce, które nie są nudnymi recenzjami ani napuszoną jak ogon persa krytyką sztuki. Nie wyglądają tez jak napisane przez prosty algorytm, czyli nie serwują zestawionych w dowolnej kolejności zmechaconych postmodernistycznych zwrotów rodem z niektórych recenzji, tekstów kuratorskich albo z kursów z historii sztuki. Kocham sztukę i na Wernisażerii od początku chciałam dzielić się wrażeniami z odwiedzanych przeze mnie wystaw i sprawiać, żebyście “zwiedzali” je razem ze mną oraz przybliżać sztukę dawną oraz współczesną. Dlatego na Wernisażerii piszę, jak myślę. Moje wpisy to subiektywne, merytoryczne, pełne zaskakujących dygresji i specyficznego humoru, mocno osadzone w kulturze, historii oraz literaturze teksty o sztuce pełne zdjęć. Wernisażeria to pierwszy lifestylowy blog o sztuce i wernisażach, bo kultura i sztuka to mój styl życia, nie moda. Jedyna moda, która nigdy nie przemija, to moda na intelekt. Wernisażeria: 100% wernisaży, sztuki, kultury i intelektu. Czym dokładnie jest Wernisażeria i o co w niej chodzi, można przeczytać na stronie https://wernisazeria.com. Moja strona https://wernisazeria.com to odrębna platforma z innymi tekstami niż na Facebooku, więc treści się nie dublują. Na STRONIE WWW piszę długaśne FELIETONY WERNISAŻOWE - ok. 22.000 znaków każdy, tak że jest co czytać do kawy albo wina. Koniecznie zaglądajcie też na mój INSTAGRAM, wrzucam naprawdę ciekawe stories. Dołączcie też do naszej grupy na Facebooku WYZWANIE WERNISAŻERII. Zostańcie częścią Wernisażeryjnego uniwersum, jest prawie tak samo fajne jak Gwiezdnych Wojen, a zdecydowanie łatwiej do niego dołączyć. Zapraszam do współpracy, więcej informacji:
http://wernisazeria.com/kontakt

Kamila Tuszyńska


I odpowiadając na Wasze pytania: tak, zawodowo mam coś wspólnego z pisaniem. Sama piszę, a 13 lat temu zaczęłam uczyć tego studentów. Więcej na mój temat możecie przeczytać tu:
https://www.kamilatuszynska.com/o-mnie.html
Jest szansa, że kiedy zacznę cierpieć na nadmiar tajemniczej jednostki czasu zwanej "więcej", uzupełnię swoją stronę. Na razie musicie żyć z tym, co na niej jest.

🎨Z okazji MIĘDZYNARODOWEGO DNIA MUZEÓW wybrałam dla Was 18 moich ulubionych obrazów z Musée d'Orsay – mojego najukochańs...
18/05/2026

🎨Z okazji MIĘDZYNARODOWEGO DNIA MUZEÓW wybrałam dla Was 18 moich ulubionych obrazów z Musée d'Orsay – mojego najukochańszego muzeum na świecie, do którego wpadam, kiedy tylko mogę. I to nie tylko ze względu na wyborną kaczuchę restauracji, chociaż trochę też.

Może to nie są moje ulubione obrazy, bo jest ich o wiele więcej, ale te jako pierwsze przyszły mi do głowy. Widocznie aktualnie siedzą w niej na pierwszym froncie, wiec niech będzie, że ulubione w tym momencie.

Gdyby nie zasady naszego niebieskiego portalu, to na pewno wśród tych obrazów znalazłaby się jeszcze „Olimpia” Maneta, ale jest, jak jest i trzeba z tym żyć.

Muszę do czegoś się przyznać:
na początku wpisu Was oszukałam, bo oprócz 18 obrazów dorzuciłam też jeden z moich ulubionych ostatnio plakatów, jeden z najświeższych nabytków tegoż muzeum. To zakupiony półtora roku temu plakat z 1919 r. Cachou Lajaunie, francuskich pastylek odświeżających oddech produkowanych od 1880 r., a jego autorem jest Leonetto Cappiello, nazywany ojcem nowoczesnej reklamy. No i modelka jest ruda, tak że tego😁

Wiecie, że ja jestem beznadziejnie zakochana w malarstwie XIX w. i plakatach, a jak któryś z nich - jak ten Cappiella - łączy Art Nouveau z wczesnym Art Déco, to już całkiem przepadłam.


A jakie są Wasze ulubione muzea, z których moglibyście nigdy nie wychodzić, i dlaczego?

Kamila Tuszyńska

🎉DUMA‼️Objęłam patronat nad OTWARCIEM Fabryki Zegarów Wieżowych, nowym oddziale Muzeum Rzemiosła w Krośnie. Założycielem...
12/05/2026

🎉DUMA‼️Objęłam patronat nad OTWARCIEM Fabryki Zegarów Wieżowych, nowym oddziale Muzeum Rzemiosła w Krośnie. Założycielem Pierwszej Krajowej Fabryki Zegarów Wieżowych był Michał Mięsowicz, mistrz zegarmistrzowski, wizjoner (to on nalegał na elektryfikację Krosna), społecznik (dzięki niemu ponownie uruchomiono Szkołę Przemysłową Uzupełniającą, kuźnię talentów rzemieślniczych), nauczyciel, wiceburmistrz Krosna, a przede wszystkim rekin biznesu –zbudował prawie 300 zegarów działających do dziś, mechanizm jednego z nich możecie podziwiać w Fabryce Zegarów Wieżowych.

Mięsowicz to postać tak genialna i barwna, że dziwi mnie, że jeszcze nie powstał o nim film. Halo, Netflix, wygramolcie się z pozytywizmu i „Lalki” Prusa, a zainteresujcie się I połową XX wieku i Krosnem.

Wszystko tak mnie zafascynowało, że rozpiszę się dziś jak dzika!!

Jak Wam się nie chce teraz tyle czytać i nie kochacie Wernisażerii, przeczytajcie tylko poniższy akapit:

Bo straszliwie zależy mi na tym, żeby pokazać Wam, że nowy oddział Muzeum Rzemiosła to nie muzeum zegarów, tylko fascynująca opowieść o polskim nowoczesnym imperium technologicznym sprzed wieku, w którym zegary były dziełami sztuki odznaczanymi medalami w całej Europie. To opowieść o ambicji, technologii, obsesji mierzenia czasu, a także historia rodziny żyjącej wśród mechanizmów, fabryki oraz biznesu Mięsowicza. Jego zdjęcie mogłoby być ilustracją powiedzenia „czas to pieniądz”. Swoim krośnieńskim „tech imperium” zawojował Europę, to brzmi bardziej jak startup/fabryka Tesli XIX w. niż zwykła jakaś tam galicyjska fabryczka zegarków.

----------------------------------------------------------

A teraz ciąg dalszy postu, dla tych, co mają czas i kochają Wernisażerię😁

Zakład Michała Mięsowicza w Krośnie był czymś znacznie więcej niż zwykłym warsztatem zegarmistrzowskim. Ta pierwsza krajowa fabryka zegarów wieżowych wykonywała nowoczesne konstrukcje dla kościołów, ratuszów, koszar i szkół, a także dla dworców kolejowych. Oferowała ogromny wybór zegarów ściennych, zegarków kieszonkowych, amerykańskich budzików, wyrobów ze złota i srebra oraz przyborów optycznych – od okularów i cwikrów (pince-nez) po barometry i ciepłomierze. Był to właściwie ogromny, bardzo nowoczesny, prestiżowy salon z instrumentami, optyką i luksusowymi wyrobami. W jednej z reklam można przeczytać, że Fabryka „z sukcesem wyprodukowała i dostarczyła niemal 280 mechanizmów zegarów wieżowych, od Kołomyi po Hel”. Jak to się mówi – chłopak umiał w PR-y, pod względem marketingu „czasu” Mięsowicz zdecydowanie wyprzedził swój czas.

Jego persona sama w sobie jest fascynująca. Michał Mięsowicz urodził się w rodzinie mieszczańskiej 19 września 1864 r. w Korczynie koło Krosna. Jego ojciec, Franciszek, był znanym zegarmistrzem, prowadzącym własny zakład w Korczynie, więc logiczne, że syn poszedł w jego ślady. Naukę rzemiosła rozpoczął w wieku 13 lat, w 1877 r. No dobra, to może Netflix jednak niech nie gramoli się z tego pozytywizmu – „Lalka” dzieje się w latach 1878-1879, cofnijcie się o rok i od razu macie początki kariery Mięsowicza, nic, tylko kręcić. Po 5 latach ojciec wyzwolił go na czeladnika. W Fabryce Zegarów Wieżowych możecie zobaczyć oryginalny dokument cechowy, czyli formalne potwierdzenie nauki zawodu i wpisanie krośnieńskiego cechu jako „Majstra profesyi zegarmistrzowskiej”.

Ale sam master „profesyi” to jeszcze małe Miki – żeby zostać prawdziwym ekspertem, czeladnik musiał odbyć praktyki za granicą. U Mięsowicza padło na Pragę i Wiedeń, gdzie pracował w super znanej firmie „Emil Schauer”, która specjalizowała się w wytwarzaniu zegarów wieżowych. Po kilku latach, wyposażony w wiedzę dotyczącą najnowszych technologii, zawitał do Krosna. Rodzina Mięsowiczów zamieszkała w budynku wybudowanym pod koniec XIX w. w stylu wiedeńskiej secesji (nic dziwnego, że po „Emilu Schauerze” mistrz dobrze się tu czuł). I właśnie w tej willi, w 1901 r., powstała Pierwsza Krajowa Fabryka Zegarów Wieżowych prowadzona przez Michała Mięsowicza. U niego chyba nie istniało pojęcie work-life balance, bo miejsce pracy było jednocześnie domem. Jego rodziny też.

Bo w międzyczasie Mięsowicz został nie tylko mistrzem zegarmistrzowskim, ale i ojcem oraz mężem, nawet dwa razy. Z pierwszą żoną, Marią Sokołowską, miał dwoje dzieci, niestety, ich losy potoczyły się tragicznie: córka Izabella zmarła w wieku 18 lat na gruźlicę, a syn Eugeniusz, jako zawodowy wojskowy, zginął podczas przewrotu majowego, zaś sama Maria również niebawem zmarła. Następnie Mięsowicz ożenił się z Adelą i na świecie pojawiły się trzy córki: Leontyna, Zofia, Helena. Widać, jak nowoczesną rodziną byli Mięsowiczowie – córki rzemieślnika studiowały w czasach, gdy dla kobiet nie było to jeszcze oczywistością, Adela formalnie otrzymała nawet w 1939 r. tytuł zegarmistrzyni. To była rodzinna firma nawet na papierze.

W Fabryce Zegarów Mięsowicza w części pracowniano-fabrycznej jest biurko, przy którym Michał Mięsowicz, a później Adela z Heleną, przyjmowali klientów, zajmowali się korespondencją i prowadzili dokumentację – maszyna do pisania też jest. Można zobaczyć też kartę rzemieślniczą – przedwojenną dokumentację pracowników i uczniów zawodu związanych z fabryką Mięsowicza. Dla mnie hiciorem jest ówczesny język – np. potwierdzenie odbioru zaliczki za mechanizm zegarowy zaczyna się zwrotem: „Do Świetnej Dyrekcji Kasy Oszczędności Powiatu Limanowskiego w Limanowej”. Brzmi to trochę jak podryw na Tinderze, a nie korespondencja biznesowa😁

To właśnie Helena, która studiowała w Wyższym Studium Handlowym w Krakowie, po śmierci ojca w 1938 r. prowadziła biznes. Za jej kadencji fabryka realizowała ostatnie zamówienia oraz naprawy zegarów wieżowych dla kościołów i instytucji państwowych. Po wojnie z przyczyn oczywistych prowadzenie prywatnego zakładu stało się niemożliwe, ale Helena do końca życia pilnowała archiwum ojca i dzięki niej projekty, dokumenty i narzędzia możemy dziś podziwiać w muzeum.

Dzięki temu w Fabryce Zegarów Wieżowych czuć i fabrykę, i dom. Jedna z sal to – jak ja ją nazywam – Świat Mięsowicza. Odtworzono klimat mieszczańskiego wnętrza z epoki – z zachowanymi oryginalnymi meblami, przedmiotami takimi jak np. młynek do kawy czy krośnieński kilim z lat 30., i rodzinnymi fotografiami „Domu pod Zegarem”, czuć, że tu się żyło, bawiło i pracowało pełną parą. W tej sali są „ukryte” eksponaty – trzeba przekręcić kluczyk (tak jakbyśmy nakręcali zegar), a w gablotkach pojawią się prywatne drobiazgi takie jak torebka, toczek z piórkiem czy zestaw do higieny, np. Paixavon – produkowane we Lwowie mydło dziegciowe do mycia włosów. Dzięki takim obiektom można naprawdę wczuć się w epokę, choć wolę sobie nie wyobrażać, co taki szampon zrobiłby z moją rudą kręconą szopą. Zło by zrobił.

W całym muzeum jest mnóstwo starych filmów, nagrań (np. z Barbarą Suzanowicz, wnuczką Mięsowicza), „zawodowych” zdjęć z warsztatu oraz całe multum ciepłych, rodzinnych fotografii, w tym np. Michał Mięsowicz z wnukiem Eugeniuszem Studenckim, chłopcem o spojrzeniu równie serdecznym jak Damiena z „Omenu”. Na innym zdjęciu Mięsowicz jest ze swoim ukochanym kotem, obecnym na wielu fotografiach, zresztą na jeszcze innym zdjęciu mruczysław został ożywiony dzięki sztucznej inteligencji. Zawsze mówię, że właśnie do tego stworzono AI – do ożywiania zdjęć z kotami albo robienia zabawnych rolek z kotami. Ale chyba najciekawsze jest zdjęcie Heleny z pluszową małpką, która zachowała się i jest w gablotce obok zdjęcia!! Heleny już dawno nie ma, a maskotka wciąż żyje. Jak to powiedział stojący obok mnie 10-latek: „trochę to creepy, proszę pani”. Lepiej bym tego nie ujęła.

Na niższym piętrze muzeum znajduje się fabryka i warsztat zegarmistrzowski. Zgromadzono w nim oryginalne Mięsowiczowe narzędzia, tokarki, frezarki, stoły warsztatowe i setki specyficznych kluczy, młoteczków oraz trybów, których po śmierci Michała używały jeszcze Adela i Helena. Nie mam pojęcia, jak nazywa się 70% obiektów, ale nie przeszkadzało mi to w podziwianiu – co dokładnie jest w środku silnika, też nie wiem, a nie przeszkadza mi to w czerpaniu przyjemności z prowadzenia samochodu.

Na tym piętrze są również makiety budynków z zegarami Mięsowicza – od Cytadeli Warszawskiej (zniszczonej w trakcie II wojny światowej) przez Okręgowy Urząd Ziemski w Lublinie po ratusz w Krakowie czy wieżę farną w Krośnie. W 1987 r. podczas remontu wieży wymieniono tarcze zegarowe o średnicy 2 metrów, a oryginalna trafiła właśnie do muzeum w Krośnie.

To tu znajdują się oryginalne projekty zegarów wieżowych, księgi zamówień oraz medale zdobywane na wystawach we Lwowie, Krakowie, Wadowicach, Paryżu czy Saint Louis. Bo Fabryka Zegarów Mięsowicza zawojowała najpierw Galicję, a potem świat!! Jedna z sal stanowi „wystawę” sklepu Mięsowicza, ponieważ wyeksponowano różne przepiękne modele, które można było tu kupić. Zaprawdę uważam, że jako patronka powinnam dostać jeden na pamiątkę, najlepiej złoty, a skromny, wiadomo.

W ogóle to bardzo nowoczesna, multimedialna, interaktywna i korzystająca z nowych technologii wystawa, momentami bardziej przypominająca instalację immersyjną albo centrum nauki niż „klasyczne” muzeum rzemiosła. Można nawet zdać cyfrowo egzamin czeladniczy: „Jest rok 1924, zdajesz egzamin czeladniczy w profesji zegarmistrza przed mistrzem Michałem Mięsowiczem”. Ja zdałam za pierwszym podejściem, LinkedIn 1924 lubi to.

W Fabryce Zegarów Wieżowych nie ma obijania się – to nie jest „gablotkowe” muzeum, ciągle coś trzeba robić. Jak nie zdawać egzaminu, nakręcać kluczykiem zegar (o przepraszam, ścianę), to machać klepsydrą albo bez patrzenia na telefon próbować ocenić, kiedy minie 30 sekund. W tym celu trzeba przyłożyć dłoń do tabliczki i trzymać ją tak długo, jak Waszym zdaniem trwa pół minuty. Ja trzymałam 27,42 sekundy i – jak się okazało – miałam jeden z najbardziej zbliżonych do ideału wyników. Bardzo to ciekawe, bo w domu, jak się zbieram do wyjścia, to wydaje mi się, że minęło 7 minut, a okazuje się, że 19. Wychodzi na to, że powinnam stroić się na wernisaże w Fabryce Zegarów Wieżowych w Krośnie.

Zresztą czas jest drugim po Mięsowiczu bohaterem wystawy, to jemu poświęcono pierwszą salę. W Fabryce Zegarów Wieżowych czas jest nie tylko czymś fizycznie mierzonym, ale i czymś filozoficznym oraz egzystencjalnym. Macie pełen przegląd, bo różni myśliciele, filozofowie i naukowcy – od Sokratesa i Platona, przez św. Augustyna i Kanta, po Einsteina i Husserla – próbowali odpowiedzieć, czym właściwie jest czas. Z tego miejsca pozdrawiam moich byłych studentów, których katowałam fenomenologią Husserla. Zawsze mogło być gorzej, mogłam kantować Kantem.

Dowiecie się też, jak mierzono czas przed smartwatchami: zegary słoneczne, wodne, wahadłowe, wychwyty, mechanizmy astronomiczne. Wychwyt możecie nawet poruszyć, nakręcając zegar – wychwyt to taki Chuck Norris czasu, tylko on może kontrolować przepływ energii w mechanizmie. Swoją drogą znacie ten kawał? „Chuck Norris potrafi zatrzymać czas. Po prostu mówi: siad"😁

W muzeum można też obejrzeć film „Mięsowicz. Konstruktor czasu” w reżyserii Piotra Sawickiego, w którym w postać Michała Mięsowicza wcielił się Bartłomiej T**a. To nie jest klasyczny dokument historyczny, ale bardziej opowieść o człowieku obsesyjnie mierzącym czas, rytmie życia i relacji człowieka z technologią. Po jego obejrzeniu doszłam do wniosku, że Mięsowicz zwątpiłby w siebie, widząc, ile według mnie trwa „minuta do wyjścia”.

Z wielkim zainteresowaniem chłonęłam tę dotąd nieznaną mi wiedzę czasową, co jest dość zabawne, jak na osobę, która nigdy nie nosi zegarka i wszędzie się spóźnia – od wernisaży po własne urodziny. Zawsze z godnością odpowiadam: jestem wcześniakiem, przyszłam na świat przed czasem, to teraz całe życie mogę się spóźniać.

Na wystawie jest tyle smaczków, że aż trudno mi przestać pisać. Dzięki nim zamiast muzeum techniki otrzymujemy historię wielkiego imperium, a jednocześnie stojącej za nim rodziny. Tu medale i odznaczenia, a tam kot wtulony w Mięsowicza i małpka Heleny; tu dokumenty cechowe, a tam prywatne zdjęcia. Powiem Wam, że jestem oczarowana tą ekspozycją i pod względem wizualnym, i pod względem merytorycznym, i pod względem narracyjnym. Tak jak napisałam w stories – tak się robi wystawy w 3. dekadzie XXI w., uczcie się, inne muzea, które radośnie tkwią w 2021 r.

Aaa, bym zapomniała: na zdjęciu widzicie mnie z dr Martą Rymar, dyrektor Muzeum Rzemiosła w Krośnie, oraz ze słynnym zegarmistrzem, Tadeuszem Raczynskim, bez którego chyba połowa zegarów w Paryżu zakończyłaby żywot. Raczynski podczas weekendu otwarcia Fabryki Zegarów Wieżowych wprowadził nas w tajniki warsztatu zegarmistrza. Byłam ciekawa, czy dowiem się czegoś np. na temat naszego Gustava Beckera z końca XIX w. / początku XX w. – podobny zegar można zobaczyć też na wystawie wśród oryginalnego wyposażenia domu Mięsowiczów. Nasz egzemplarz stracił wahadło w trakcie Powstania Warszawskiego i specjalnie nie dorobiliśmy oryginalnego. W takiej postaci jest jednym z wielu przedmiotów przypominających o historii naszej rodziny.

O masz, patos wjechał na salony, więc teraz mówcie patronce, jak się podoba Fabryka Zegarów Wieżowych?

Kamila Tuszyńska

🎉DUMA‼️OBJĘŁAM PATRONAT nad wystawą „Leonardo vs Michał Anioł. Pojedynek geniuszy renesansu” w Art Box Experience w Wars...
28/04/2026

🎉DUMA‼️OBJĘŁAM PATRONAT nad wystawą „Leonardo vs Michał Anioł. Pojedynek geniuszy renesansu” w Art Box Experience w Warszawie, inspirowaną prawdziwym wydarzeniem z 1503 r. Wówczas obaj otrzymali zamówienie na konkurencyjne malowidła w Palazzo Vecchio, siedzibie władz Florencji, i zaczęła się zabawa.

Jakoś tak wyszło, że wystawa ruszyła w lutym i od tamtego czasu wrzucałam storiski, to post nie raczył powstać. No więc dziś raczył. Ale spokojnie, trwa do połowy czerwca, to zdążycie się wybrać i 3 razy, co polecam. Ja tak zrobiłam😁

To już trzecia wystawa w Art Box Experience (po Fridzie i Dalim) hiszpańskiego studia Layers of Reality i trzecia, nad którą objęłam patronat, ale pierwsza, której bohaterami - czy też rywalami - jest dwóch artystów.

Niby obaj tworzyli w tej samej epoce i mieli tych samych mecenasów, a prezentowali kompletnie różne myślenie o sztuce. Obu panów było wyjątkowo przekonanych o własnej wyjątkowości oraz równie wyjątkowo przekonanych o banalności oponenta, tak więc ich wymiana zdań na wystawie momentami jest komiczna. Zaprawdę powiadam Wam - na tę wystawę warto wybrać się chociażby dla przekomarzania się ożywionych cyfrowo geniuszy. Warto też wybrać się dla ich wyglądu. Giorgio Vasari, pierwszy oficjalny historyk sztuki, w swojej opasłej książce „Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów” z 1550r., bez żenady pisał, że da Vinci miał „cudownej piękności ciało, nigdy nie dość wysławionej”. Kapitalny opis na Tindera.

Wystawa to 8 sal o powierzchni ok. 800 m², projekcje 2D i 3D, a także m.in. Bocca della Verità - Usta Prawdy (jeśli jesteś czystego serca, to nie odgryzą Ci ręki, za to wyplują ciekawostki związane z artystami), gabloty z pigmentami oraz akcesoriami malarskimi, outfity dwóch geniuszy, filmy immersyjne, instalacje interaktywne, gry oraz - moja najulubieńsza część ekspozycji - doświadczenie wirtualnej rzeczywistości 360°.

To jest właśnie ten moment, kiedy jak wół widać, że nie jest to prosta wystawa multimedialna, tylko mutisensoryczna - nie tylko patrzysz, ale wchodzisz w doświadczenie całym ciałem. Tak się robi wystawy immersyjne, a nie jakieś multimedialne ciunciurumcium ze slajdów.

Od lat, pisząc o wystawach w Art Box Experience, powtarzam: powiększony obraz, trochę animacji i muzyka z głośników to jeszcze nie immersja. Powiększony obraz, trochę animacji i muzyka z głośników to po prostu powiększony obraz, trochę animacji i muzyka z głośników, a nie immersja, a już na pewno nie multisensoryczne (a na wystawie Leonardo versus Michał Anioł macie coś dla oka, ucha, rączek oraz nosa). Wystawa multimedialna z wystawą immersyjną ma tyle wspólnego, co ponton z łodzią podwodną - niby oba osprzęty nadają się do wody, ale tylko jednym się zanurzysz. No więc ta wystawa jest jak łódź podwodna - pełne zanurzenie w świecie Leonarda i Michała Anioła, zero pontonu.

Pierwsze sale wystawy wprowadzają w klimat: to biografie artystów, realia epoki, np. gabloty z pigmentami i akcesoriami malarskimi w renesansie, ale i fifraczki - można zobaczyć, w jakich kreacjach chodzili Leonardo i Michał Anioł. Obaj tworzyli w tej samej epoce, ale mieli zupełnie inne podejście do sztuki i tę różnicę widać w każdej sali - nawet w pigmentach: Michał Anioł to malarstwo freskowe, da Vinci - olejne i temperowe. Poznajemy nie tylko ich losy Lea i Mikiego, nie sal, lecz także dwa sposoby myślenia o twórczości i dwie wizje renesansu.

Następne sale to dwie pracownie. U Michała Anioła jest to typowa pracownia rzeźbiarza, rzeźby (co za niespodzianka), projekty i oglądanie m.in. „Piety” czy „Dawida” z każdej strony w 3D w specjalnych okularach 3D, dzięki czemu ogląda się je z każdej strony i z bliska, widząc wszystkie niuanse.

Są też interaktywne gry związane z da Vinci i Michałem Aniołem. Mnie wciągnęła ta druga polegająca na doprowadzeniu do zetknięcia palców w „Stworzeniu Adama”. Szło mi super, tylko do zdjęcia się rozproszyłam.

Oprócz tego w sali jest mnóstwo różnych wersji tego gestu (od sztuki po popkulturę, od Caravaggia przez ET po kota). Z kolei u Leonarda to prawdziwa pracownia malarza i wynalazcy, stąd mnóstwo kolejnych wersji jego obrazów i inspiracji nimi, ale i różne wynalazki. W obu salach pojawia się współczesny kontekst, stąd np. powieści Dana Browna czy Wojownicze Żółwie Ninja, ale bez pizzy. Nie wiem, czy oglądaliście te kreskówkę, ja byłam jej fanką i mądrości żółwia Michelangela (tak, pisownia z błędem, bo twórcy serii się rymcnęli i tak poszło) w stylu „Wybaczanie to rzecz boska, ale za spóźnioną pizzę nigdy nie płać pełnej ceny”. Jedna z najbardziej życiowych zasad na świecie, zaraz obok „więcej sera zawsze ma sens”.

Sercem wystawy jest jak zawsze pokaz audiowizualny (ale już bez Żółwi Ninja) - połączenie ruchu, dźwięku i obrazu dające pełne zanurzenie; projekcja wypełnia ściany i podłogę, więc nie stoicie biernie przed ekranem, tylko lądujecie być w środku wydarzeń. To jest iluzja optyczna level: hard, aż trudno powiedzieć, gdzie kończą się ściany, a zaczyna podłoga (nawet na moich zdjęciach jest problem), na szczęście można siebie odróżnić od wystawy. Wrzucam stopklatki z dynamicznego pokazu,na żywo obraz nie jest rozmazany. Ze wszystkich pokazów, które widziałam w Art Box Experience ten zrobił na mnie największe wrażenie. Rozjechał mnie kompletnie, roztarł niczym Michał Anioł pigmenty.

Nastepna sala to moja ukochana część wystawy - pokaz VR: zakładamy gogle i lądujemy w bazylice we Florencji, a następnie lecimy nad miastem, trafiamy po kolei do obu pracowni, a następnie latamy między mieszkańcami (w tym doktorem plagi), masz dziwne wrażenie, że mijający Cię ludzie patrzą Ci prosto w oczy. A co się dzieje dalej, to nie zdradzę. Pamiętajcie, że trzeba kręcić głową w prawo, lewo i w górę, bo akcja dzieje się wszędzie. A jeśli nie będziecie się obracać, to ominie Was możliwość zderzenia się z jakimś florentczykiem.

Wrzucam dwie klatki VR, zobaczcie, jak dziwnie wyglądają - dopiero po założeniu gogli obraz się prostuje.

Na końcu wystawy jest stanowisko „Moment prawdy” - musicie zdecydować, kto Waszym zdaniem jest lepszym artystą. Głosy są aktualizowane na żywo, więc widzicie wynik procentowy.
Głosować oraz oglądać wystawę można podziwiać do 14.06.

To kto jest team Leonardo, a kto Michał Anioł?

Ja jestem team Leonardo, ale ciekawa jestem, czy ktoś wybierze Michała Anioła. I jaki będzie rozkład procentowy, emocje jak przy wyborze sołtysa😁

————————————

Teraz o Majówce‼️

A w ogóle, jeśli nie macie planów na majówkę - znaczy na marzec w majówkę - to właśnie zaplanowałam Wam życie. Koniecznie wybierzcie się do Art Box Experience.

Jako patronka wystawy namawiam Was do zwiedzania z przewodnikiem. Mimo licznych tablic „wiedzowych” trudno byłoby umieścić na nigh wszystkie informacje, bo człowiek na wystawie zadyszki by dostał od czytania. Zresztą po to właśnie są oprowadzania. Ja miałam z Agą , Kierowniczką edukacji w Art Box Experience, i byłam zachwycona.

Pominąwszy już to, że Aga sama w sobie jest bardzo ciepłą osobą, to w szalenie wciągający sposób opowiadała różne smaczki, które zawstydziłyby nawet ChatGPT.

Jeśli np. chcecie dowiedzieć się, jak pachniał Boski Leo, to taką możliwość macie właśnie na oprowadzaniu. Autentycznie możecie wsadzić nos w aromat da Vinci. A jaki to aromat, nie zdradzę, musicie szorować na oprowadzanie.

Tak samo jeśli chcecie się dowiedzieć, o co chodzi z paluszkiem u Michała Anioła - takie rzeczy też tylko na oprowadzaniu, nici z paluszka ze zwiedzaniem na leniuszka, że tak z wrażenia zarymuję.

To teraz mówcie, na kogo głosowalibyście w pojedynku geniuszy. Nie ma, że „nie wiem”, to nie „Milionerzy”, tylko porządny blog o sztuce z porządnymi fanamWernisażeria😁

Kamila Tuszyńska

PS. Może mi ktoś wytłumaczyć, o co chodzi z oznaczaniem wśród fanów?
To coś w ogóle robi?

🎉 Z okazji 150. rocznicy urodzin MELI MUTER przygotowałam dla Was 18 jej obrazów. W bonusie dwa portrety Meli autorstwa ...
26/04/2026

🎉 Z okazji 150. rocznicy urodzin MELI MUTER przygotowałam dla Was 18 jej obrazów. W bonusie dwa portrety Meli autorstwa Josette Bournet oraz René-Xaviera Prineta.

Mela Muter, a właściwie Maria Melania Mutermilch z domu Klingsland, jest jedną z moich najulubieńszych malarek na świecie, a już na pewno najulubieńszą malarką łączoną z École de Paris. Muter, znaczy wtedy jeszcze Klingsland, urodziła się 26 kwietnia 1876 r. w Warszawie, chodziła do Szkoły Malarstwa i Rysunku Miłosza Kotarbińskiego, a w 1901 r., w wieku 25 lat, wyjechała do Paryża, gdzie mieszkała do końca życia. Zmarła 16 maja 1967 r.

Chociaż artystka uczyła się w Académie de la Grande Chaumière i Académie Colarossi, zrezygnowała ze studiów i uważała się za samouka, twierdząc: „to Paryż dał mi wszystkie elementy, z których składa się moja sztuka”. Brzmi to trochę jak opis mojej garderoby, Paryż daje mi większość elementów, z których składa się moja szafa😁

Mela Muter zawsze podkreślała swoją polskość - regularnie brała udział w wystawach zarówno we Francji, jak i w Polsce i zaznaczała, że uważa się za Polkę (obywatelstwo francuskie otrzymała w 1927 r.). Chociaż kojarzona jest głównie jako fenomenalna portrecistka (znajomych i nieznajomych, dorosłych, dzieci, jak leci) oraz autorka obrazów o tematyce związanej z macierzyństwem, malowała też martwe natury i klimatyczne miejskie pejzaże. Od razu mam ochotę dać się wciągnąć tym uliczkom, zaułkom, placykom i - po kawie - poszukać kolejnych sklepów z elementami mojej szafy, wiadomo.

A na poważnie:

w Warszawie w tak lubianej przeze mnie Art & Modern Foundation właśnie ruszyła wystawa „Odbite w sztuce. Kwestie społeczne w twórczości Leopolda Gottlieba i Meli Muter”, przygotowana z okazji 150. urodzin artystki.

Jestem niepocieszona, że nie zdążyłam dotrzeć na piątkowy wernisaż, bo cały czas jestem poza Warszawą. Ale na bank wybiorę się na tę wystawę, słowo szafy.

To teraz proszę mówić, czy lubicie tak jak ja MM?

Nie mylić MM ani z Marilyn Monroe, ani z Marylinem Mansonem, chociaż ja akurat lubię całą trójkę😁

Kamila Tuszyńska

🎉 KONKURS‼️ Do wygrania książka „Pasja. Pieniądze. Prestiż. Sekrety światowego rynku sztuki” Pawła Domagały Wydawnictwo ...
22/04/2026

🎉 KONKURS‼️ Do wygrania książka „Pasja. Pieniądze. Prestiż. Sekrety światowego rynku sztuki” Pawła Domagały Wydawnictwo Naukowe PWN, której pierwsze trzy wyrazy brzmią jak tytuł mojej biografii.

A na poważnie to jest jedna z lektur, na które czaiłam się jak kot na folię bąbelkową. Jako że sama od zawsze kolekcjonuję sztukę, byłam ciekawa, czy dowiem się czegoś nowego. Spoiler: dowiedziałam się, a poza tym urzekła mnie ta definicja sztuki: „sztuka zaczyna się tam, gdzie kończy się dekoracja”. Czyli jak ja to mówię: jest sztuka i jest Castorama-art.

Niby wszyscy wiemy, jak działa rynek sztuki - pominąwszy nazwiska wielkich artystów (i przeważnie martwych, bo martwy artysta to drogi artysta, no przecież), często w pewnym momencie nagle robi się moda na jakieś nazwisko. Teoretycznie - od czapy. A tak naprawdę co właściwie decyduje, że nagle nadchodzi ten moment? Dlaczego niektóre dzieła niespodziewanie osiągają poziom: prestiż, za czym niekoniecznie idzie jakość? Właśnie o tych mechanizmach pisze Domagała - jego fascynująca książka świetnie pokazuje, jak działa rynek sztuki.

Autor od lat kolekcjonuje i analizuje rynek sztuki, śledzi kariery artystów, trendy oraz mechanizmy kształtujące wartość dzieł. Doskonale zna świat galerii, pracowni artystów, domów aukcyjnych, doradców, kolekcjonerów i instytucji, które obwieszczają, że coś jest gniotem lub cudem. To prawie jak Tinder: przesuń w lewo albo w prawo, jeśli będzie match, cena leci w kosmos, dalej niż misja Artemis II. Chociaż oni to w sumie daleko w kosmos nie polecieli, jeno na drugą stronę Księżyca.

Domagała, po krótkim wprowadzeniu do historii współczesnego rynku sztuki (startuje od Londynu 1775 r. i pierwszej tak wielkiej aukcji przez 291 Gallery, pierwszą nowoczesną galerię sztuki w Nowym Jorku w 1905 r.), pokazuje, jak działa rynek pierwotny (galerie) i wtórny (aukcje), jak czytać sygnały przesądzające o wartości działa oraz jak kupować sztukę, żeby nie wyjść na jelenia (mam nadzieję, że mój sąsiad z lasu - jeleń Maurycy - nie obrazi się za tę metaforę). Innymi słowy, „Pasja. Pieniądze. Prestiż” to instrukcja obsługi rynku sztuki z mrowiem wykresów, diagramów, tabelek i zestawień. Z natłoku liczb człowiek może przez chwilę zapomnieć, że nie siedzi w Excelu, tylko czyta o rynku sztuki.

A ten rynek to ma rozrzut. Domagała zwraca uwagę, że „wartość współczesnych dzieł sztuki może się zaczynać już od 1 tysiąca dolarów do kilkunastu milionów dolarów na rynku pierwotnym i nawet do 200 milionów dolarów na rynku wtórnym”. W książce pojawia się całe multum nowoczesnych i współczesnych artystów, m.in. Pablo Picasso, Andy Warhol, Roy Lichtenstein, Jean-Michel Basquiat, Jeff Koons, Tony Cragg, Anish Kapoor, Keith Haring, Damien Hirst, Banksy, nasza Ewa Juszkiewicz też jest, a wszyscy w kontekście pisania o domach aukcyjnych, obiegu sztuki, układzie „sił” rynku, a nie dumania nad tym, czy są przedrożeni, niedodrożeni czy co 😁

Jednak dla mnie najbardziej wartościowe w tej publikacji jest jej praktyczne zaplecze: strategie kolekcjonowania (jakich błędów nie popełniać jako początkujący kolekcjonerzy), metody weryfikacji, checklisty (jak sprawdzić dzieło przed zakupem) oraz wskazówki dotyczące aukcji, kosztów, dokumentacji i współpracy z ekspertami. Czyli: jak kupować, jak nie przepłacać i na co uważać (np. nie dać ponieść się licytacji, nie mylić pasji z inwestycją albo nie kupować bez certyfikatu - dziś bez certyfikatu nie kupuje się soku bio z młodego jęczmienia, a co dopiero obrazu).

Szalenie podoba mi się to, że z książki wyłania się - słuszny nomen omen obraz - że dzieło sztuki jest po prostu produktem. Rządzą nim rynek, moda i cały system zależności. O ile obraz / rzeźba jest dziełem jednego artysty, tak o wartości tegoż dzieła decyduje już cała masa ludzi związana m.in. z topowymi galeriami (np. Zwirner, Hauser & Wirth), domami aukcyjnymi (np. Christie’s czy Sotheby’s), kolekcjami prywatnymi (w stylu kolekcji Eliego i Edythe Broad), targami sztuki (np. w Bazylei), instytucjami publicznymi (np. Tate Modern) i w ogóle z globalnymi centrami sztuki jak Nowy Jork czy Londyn.

Dodatkowo na wartość dzieła sztuki wpływają: wartość historyczna, wartość społeczno-kulturowa, wartość polityczna i ideologiczna, edukacyjna wartość sztuki, estetyczna wartość sztuki oraz duchowa wartość sztuki. Wartościowe to wszystko.

„Dla twórców dzieło sztuki to coś więcej niż pieniądze - to wartość artystyczna i emocjonalna. Biznesmenom rynek sztuki przypomina jednak kasyno, gdzie liczą się spekulacja i ryzyko” pisze Domagała, dużo miejsca poświęca też czarnej stronie rynku - od flipowania po skradzione obrazy.

Chociaż może się wydawać, że autor skupia sie przede wszystkim na kwestii finansowej, traktując sztukę jako inwestycję (stąd trzeba minimalizować ryzyko straty), albo wizerunkowej, traktując sztukę - prawie jak król August II - jako narzędzie PR-owe (jak kupić splendor, nie żyjąc w XVIII w. i nie pochodząc z dynastii Wettynów) - nie zapomina i o tym, że sztuka to też dziedzictwo kulturowe oraz emocje (bez zachwytu i pasji to można klucze dorobić, a nie kupić Richtera).

Poza tym orientacja w rynku sztuki świadczy o tym, że jest się człowiekiem kulturalnym, bywałym (nie mylić tego z bywaniem na wernisażach tylko po to, żeby napić się za darmo wina), ale i tak najważniejsza jest miłość do sztuki.

Zawsze mówię, że lepiej mieć obraz za kilka tysięcy, na który codziennie patrzy się z radością, niż warte miliony dzieło, które jest nie do końca w naszym stylu, acz doskonałą lokatą kapitału. Mam mnóstwo artystów, których - mimo wieeeelocyfrowych cen - na pewno nie chciałabym u siebie w mieszkaniu. W życiu nie powiesiłabym np. pojawiającej się w książce Yayoi Kusamy, bo te kropki wzbudzają we mnie dyskomfort, równie dobrze mogłabym codziennie pić poranną kawę na fotelu dentystycznym, identyczna przyjemność. Nawet gdyby ktoś sprezentował mi jej rzeźbę „Dynia (L)”, to bym mu sama wolała zapłacić owe ponad 6 milionów funtów, byle ją ode mnie zabrał. Co nie zmienia faktu, że chciałabym mieć takie dylematy.

Aaaa, bym zapomniała - kapitalna jest część „Pół żartem, pół serio”, szczególnie rozdziały „Żargon rynku - jak go rozumieć i kiedy się uśmiechać” oraz „10 typów kolekcjonerów, których spotkasz na każdej aukcji, wystawie czy targach” w pakiecie z ich typowymi tekstami. Moimi faworytami są „snajper aukcyjny”, ale oczywiście „bywalec towarzyski” i „influencer sztuki”. Wzruszonam.

W książce jest o wiele więcej wątków - od AI w twórczości przez najgłośniejsze wydarzenia na rynku sztuki ostatnich lat (np. sprzedaż w 2021 r. NFT prawie za 70 milionów dolarów czy najdroższy banan świata, czyli instalacja Maurizia Cattelana za ponad 6 milionów dolarów) po różne statystyki w stylu: „19% dorosłych Amerykanów było na wystawie sztuki w ciągu ostatnich trzech miesięcy”. To jest ten moment, moi drodzy, kiedy możemy poczuć się bardziej amerykańsko od Amerykanów 😁

„Pasja. Pieniądze. Prestiż. Sekrety światowego rynku sztuki” nie jest o konkretnych obrazach czy wystawach (mimo że jest mnóstwo zdjęć), tylko o pieniądzach, decyzjach i mechanizmach prestiżu - o tym, kto decyduje, że coś jest „ważne”. To skrupulatna analiza i rozbebeszone mechanizmy rynkowe podane przystępnym językiem. Serio jestem zachwycona publikacją Domagały, bo śmiałam się, że mogłabym napisać książkę o tej książce.

————————————
A teraz KONKURS‼️

Możecie otrzymać jeden z dwóch egzemplarzy książki „Pasja. Pieniądze. Prestiż. Sekrety światowego rynku sztuki” Pawła Domagały.

Wystarczy, że w komentarzu POD POSTEM, a nie pod którymś ze zdjęć luzem, odpowiecie na JEDNO PYTANIE:

Który z artystów / artystek Waszym zdaniem jest najbardziej przedrożony / -a i dlaczego tak uważacie⁉️

Wasze komentarze będę czytać do końca SOBOTY (DO PÓŁNOCY), a nazwiska dwójki szczęśliwców wraz z oznaczeniem profili i zrzutami ekranu ich odpowiedzi podam w komentarzu do północy w środę.

Uwaaaaga, start‼️

Kamila Tuszyńska

Adres

Pl. Zamkowy 1
Kielce
25-010

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Wernisażeria umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Wernisażeria:

Udostępnij