20/08/2026
Jako że dzieciaki wracają zaraz do szkoły, to postanowiłam Wam opowiedzieć o tym, jak to jest być neuroatypowym w klasycznej szkole. Problemem takich dzieciaków (w tym moim, gdy byłam dzieckiem) nie było to, że sobie nie radziłam z nauką, tylko to, że szkoła wymagała ode mnie wielu godzin funkcjonowania w środowisku, które chronicznie przekraczało moje możliwości regulowania się. Nie chodzi mi tu o neuroafirmację tylko, bo mamy na to badanka pokazujące, że środowisko sensoryczne, autonomia, poczucie sprawczości mają ważny udział w tym, ile czasu jesteśmy w stanie w tej szkole spędzić. Dodatkowo przy ADHD problem dotyczy jeszcze funkcji wykonawczych, pamięci roboczej, kontroli uwagi i zarządzania odrabianiem prac domowych (sic!).
Szkoła przede wszystkim jest sensorycznie agresywna. Jeśli ktoś ma nadwrażliwość sensoryczną (a przypominam, że weszła ona do ICD-11 jako kryterium diagnostyczne dla spektrum autyzmu), to typowy dzien oznacza jarzeniówki, pogłos, echo, szuranie krzesłami, kilkadziesiąt mówiących (w najlepszym wypadku, przecież to dzieci) osób, krzyki, dzwonki, zapachy stołówek, perfum, potu, kilkunastu różnych płynów do płukania, niechciany dotyk w tłumie, zmiany temeperatur i trzymanie sików w pęcherzu przez np. 30 minut, bo “Ty zawsze znajdziesz pretekst, żeby wyjść, siadaj na dupie i koncentruj się”.
Druga sprawa to przerywanie lekcji tym zasranym dzwonkiem (sic!). Autysta potrzebuje chwili, żeby wejść w zadanie, potrzebuje chwili też, żeby je skończyć, jeśli to ma nie szarpać jego układem nerwowym. Jak sobie już zbuduje model tego, co ma robić to fru. Koniec, zamykaj zeszyt, pakuj się i wy*ierdalaj do innej sali, z innymi ścianami, obrazkami, w ogóle znajdź ją w tłumie i hałasie, po drodze zjedz kanapkę, zrób siku, potem skup się na nowym zadaniu - po prostu wejdź w nie na nowo, na wszystko masz 10 min. Co za quest, ja pie*dole ;) . I to wszystko ma zrobić dziecko z niewykształconym jeszcze do końca mechanizmem regulacji. Dla adehadowców mamy odwrotną katastrofę - każda zmiana otoczenia, kolejny zestaw bodźców, rzeczy do zapamiętania. Świetna też okazja, żeby zgubić zeszyt albo piórnik, zapomnieć polecenie, utknąć w kiblu. “Przerwa” to tak naprawdę nie jest przerwa, tylko quest. Nie ma tam miejsca na odpoczynek tak, jak mają dorośli, kiedy idą na fajka w pracy.
Kolejny temat to zmuszanie do kontaktu społecznego. Jakaś praca w grupach, wymuszanie kontaktu wzrokowego z jakimiś hasełkami typu “patrz jak do Ciebie mówię”, “nie szanujesz mnie”, “co Ty taki nieśmiały”. odpowiadanie przy całej klasie - j a p i e * d o l e. Dobieranie w pary. Dobieranie w zespoły na WF-ie. Apele, wycieszki, integracje, zielone szkoły, szatnia wspólna na ten WF, stołówka i te cholerne przerwy na korytarzu. Czyli oprócz nauki drugi rodzaj pracy, polegający na monitorowaniu innych i dostosowywaniu swojego zachowania do innych tak, żeby “wyglądać neurotypowo”. Tak jak inni chcą, bo inaczej “jest niemile”.
Noooo i teraz funkcje wykonawcze. Pamiętaj o stroju, pracy domowej, zeszycie, kasztanach, plastelinie, pilnuj czasu, nie rozpraszaj się, siedź spokojnie, skup się, “zdolny ale leniwy”. Szkoła tu nadchodzi z “cudownym rozwiązaniem” w postaci wydłużenia czasu pracy, które nie do końca działa :) za to piętnuje dzieciaka jako tego “gorszego” albo “niepełnosprawnego” - bo “myśli wolniej”. Dużo lepiej byłoby po prostu dawać polecenia na piśmie, pozwolić na tworzenie checlist - nauczyć tego w ogóle! Podzielić zadanie na etapy albo “zagrzać” do rozpoczęcia zadania. Albo choćby umożliwić ruch w trakcie jego wykonywania :) .
No i oceny. Mam poczucie, że w szkole ocenia się niekoniecznie wiedzę, a wykonanie, bo można np. zajebiście rozumieć fizykę, ale wolniej pisać i nie zdążyć przepisać zadania z tablicy. Można mieć dysleksję, dysgrafię i zgubić zeszyt, pominąć drugą stronę testu, odczytać wieloznaczne polecenie niezgodnie z kluczem, który autor miał na myśli, można też nie umieć spontanicznie odpowiadać ustnie przed trzydziestoma dzieciakami w klasie i nauczycielem, którego zadaniem jest nas ocenić. Można pod presją mieć pustkę w bani. Ja sobie myślę, że dla neurotypowych dzieci to też może być masakra. A jak dzieciak chce się regulować, to dostaje karę, bo się wierci, rysuje w trakcie słuchania, stimmuje, zakłada kaptur, nie patrzy nauczycielowi w oczy. To wszystko, co nas reguluje interpretowane jest jako brak szacunku. Fajnie by było oceniać to, czy dane zachowanie rzeczywiście uniemożliwia naukę temu dziecku lub innym dzieciom w klasie, a nie czy wygląda na zachowanie “grzecznego ucznia” :) .
No i teraz wyobraźmy sobie, że takie dziecko czy nastolatek wraca ze szkoły, przorany tym wszystkim, co opisałam wyżej i bach. Czekają na niego jeszcze 2h pracy domowej. Przez 6-8 godzin taka osoba była doprowadzana na skraj wyczerpania psychicznego i fizjologicznego, no i po powrocie nie ma odpoczynku, tylko “idzie do drugiej roboty”. No i jak ma zacząć, to dostaje melta i ch*j z tego jest, cała rodzina cierpi. Bo w tym wszystkim nie można pominąć rodziny - rodziców, którzy muszą sami po swojej ośmiogodzinnej mordędze w świetlówkach (pewnie sami są neuroatypowi) uspokoić jeszcze zmeltowanego, miotającego się jak szatan młodzieńca, przypilnować, żeby nie zrobił sobie krzywdy lub nie rozwalił chaty, a potem zmusić do odrobienia tej pracy domowej, często odrobić z nim (lub za niego ;) ), żeby nauczyciel w Librusie nie zamieścił listu z pogróżkami.
Aha! Nie ma że boli, dziecko musi następnego dnia do szkoły iść, bo nie zda przez frekwencję a rodzice będą mieli MOPS na głowie. Przypomnę tylko, że burnout może spowodować utracenie pewnych umiejętności i znaczne pogorszenie funkcji wykonawczych, czyli robi się jeszcze ciężej. Mamy obiecujący kierunek - flex-schooling, który może się sprawdzić przy dzieciach neuroatypowych, a polega na łączeniu edukacji w szkole i poza nią. Nie chodzi o 17 różnych przywilejów dla dzieci neuroatypowych, tylko naprawdę DROBNE dostosowania, które NIC nie kosztują. Samo bycie rozumianym i akceptowanym, sprawczość i umożliwienie autoregulacji w sposób, który nie przeszkadza innym uczniom - bez oceniania może już drastycznie obniżyć poziom przeciążenia.
Jeśli chcecie się tego nauczyć - dawajcie do nas na szkolenia. A jeśli chcecie jako rodzice poznać lepiej układy nerwowe Waszych dzieci i dowiedzieć się, jak im pomóc (i przy tym sobie) przejść przez szkołę tak, żeby nie była koszmarem, to zbieramy chętnych na warsztaty dla rodziców połączone z grupą wsparcia dla nich, zgłoście chęć uczestnictwa do naszej Julki na *[email protected]* - od Waszych chęci zależy, czy grupa dla rodziców ruszy :) . Link do badań i do naszych szkoleń w komentarzu.