15/02/2026
ORGANIZACYJNE
Jutro w antykwariacie będę od dwunastej. Wcześniej trochę pobiegam, bo mam pewien pomysł, zobaczymy co z tego wyjdzie… Jeśli ktoś reflektuje na pomoc przy ratowanie tego co zostało, w drugim zapleczu – zapraszam.
Dla tych, którzy ciekawi są jak dalej przebiegała akcja ratunkowa, poniżej zamieszczam sprawozdanie :)
NOCNA SYRENA
Gdy już dotarłam do źródła szumu rzuciłam się do zaworu umieszczonego nad zlewem. W panice nie załapałam, że to zawór od naczynia wyrównawczego, czym pogorszyłam sytuację, teraz woda chlustała już nie tylko pod zlewem, ale zaczęła lać się z kaloryfera. Roztrzęsiona próbowałam zakręcić z powrotem, ale lód najwidoczniej uszkodził też ją i po otwarciu nie dało się już zakręcić
Chwyciłam telefon, żeby zadzwonić do męża. Z nerwów nie mogłam wybrać jego numeru. Kiedy się dodzwoniłam rzuciłam tylko: pękła rura. Przyjeżdżaj!
W kuchni mam kilka misek. Wyciągnęłam je z szafy z nadzieją, że jak będę do nich łapała wodę i wlewała do zlewu, to doczekam odsieczy, a zalewanie nie wyjdzie poza kuchnię. Niestety, syfon też padł. Poziom wody zaczął się podnosić. Woda jeszcze nie wypływała na „zaplecze II”, bo w wejściu jest drewniany próg. Gdyby to jakoś zatrzymać. Co robić? Odezwał się we mnie jakiś zadatek na strażaka. Trzeba zbudować wał powodziowy. Pierwsze prace ruszyły błyskawicznie. Porządkując zaplecze i przygotowując miejsce pod książki nadmiarowe z „zaplecza I” przy wejściu zostawiłam kartoniki z „ubytkami” (miałam tam nawet bloki bez okładek! Jakby na to nie patrzeć {zbieractwo}, to co najważniejsze było, no i oczywiście miałam nadzieję, że kiedyś „naprawię”). Błyskawicznie wyrzuciłam zawartość pierwszego kartonika, potem poszybowały te z drugiego. I tyle. Więcej ubytków w zasięgu ręki nie miałam. Za to inne tak. Przewartościowanie.
Najbardziej bałam się, że wśród tych najbliższych mogą być jakieś moje. Te z książkami, zdjęciami i pocztówkami. Ale tu musiałam zdecydować co dla mnie ważniejsze. Uratować książki z dwójki, czy zachować jakieś swoje skarbobzdetki. Wysypując zawartość z najbliższych bananówek, starałam się nie patrzeć. Gdzieś tam mignęła mi jakaś bajka z lat siedemdziesiątych, tam pofrunęła pocztówka. Przerwa – na udeptywanie. Książki stopniowo nasiąkały wodą, ale nie na tyle szybko by przejąć wszystko. Potok z kaloryfera, wyrwawszy się z uwięzi rwał do przodu z zatrważającą siłą. To mnie otrzeźwiło. Muszę się dowiedzieć gdzie jest zawór główny, a to wie tylko Pan Antoni, poprzedni właściciel budynku w którym mieści się antykwariat. Wciągnęłam telefon i tu kolejna katastrofa: rozładowany? Zacięty (czasami mu się to zdarza)? Potrzebuję telefonu! Potrzebuję nr pana Antoniego!
SYRENA
Wybiegłam z antykwariatu. Ratunku! Pomocy! Miałam nadzieję, że sąsiedzi będą w pokojach od podwórka i usłyszą moje wrzaski. Potrzebowałam wejść do kamienicy obok, bo jej mieszkańcy mieli wszystko czego w tej chwili mi brakowało. Sekundy wlekły się jak lata. Ruszyłam na Gdańską do okienka „Platona”. Ma Pan nr telefonu do Pana Antoniego? Nie miał.
ODSIECZ
W końcu dotarł Bogdan. Chwilę po tym wyskoczył sąsiad z naprzeciwka. Dołącza pan z „Platona”, który otworzył mi drzwi. Zostawiam towarzystwo i pędziłam po schodach do Nikoli. Ona powinna mieć numer telefonu do pana Antoniego…
ZAWÓR
Jest pod klapą przed antykwariatem. Po odsunięciu włazu okazało się, że pokrętło jest w dwumetrowej dziurze na dnie. No weselej być nie może...Na całe szczęście zebrała się już całkiem całkiem spora ekipa. Bogdan walczy w kuchni, a w tym czasie sąsiad asekurowany przez „Platończyka” wskoczył w czeluść „studni” i zawór ZAKRĘCIŁ!
Spisywanie tej „miłej przygody” jest dla mnie formą wyrzucenia z siebie emocji i o dziwo – sporą frajdą.
Jeśli będę miała siły, podzielę się z wami perypetiami dnia następnego.
Szklanka nadal do połowy pełna!