20/08/2026
75 weekendów.
Tyle zostało mi do pięćdziesiątki.
75 weekendów to 75 małych kawałków życia.
75 okazji, żeby gdzieś pojechać.
Założyć tę sukienkę, która „czeka na specjalną okazję” (czyli na święte Nigdy).
Albo te buty, które są „za odważne” — czyli dokładnie takie, jakie powinny być.
Zatańczyć, nawet jeśli rytm zna tylko moja wyobraźnia.
Śmiać się tak, żeby makijaż miał własne plany ewakuacyjne.
Usiąść przy stole z ludźmi, których kocham.
I zrobić coś spontanicznego, zanim mój kalendarz zdąży zaprotestować.
Bo czas nie robi się bardziej uprzejmy. On po prostu… przyspiesza. Drań.
Dlatego nie chcę liczyć lat.
Chcę liczyć momenty.
Nie chcę wyglądać młodziej. Chcę wyglądać… jak ja. W najlepszej wersji. W tej, która nie pyta już „czy wypada?”, tylko „czy mam na to ochotę?”.
Nie chcę odkładać najlepszych rzeczy „na kiedyś”.
Bo „kiedyś” to najbardziej przebiegły złodziej w historii. Zawsze wygląda niewinnie, a potem nagle robi się pięćdziesiątka…
Więc plan jest taki :
75 weekendów do pięćdziesiątki.
I zamierzam przeżyć każdy z nich tak, żeby pewnego dnia pomyśleć: cholera, warto było!
❤️