11/06/2021
Pytacie jak tam urodzinki 🤯
Urodziny to dzień na który zawsze czekam z ekscytacją i staram się go celebrować do granic możliwości 🥰
Dziś jednak wiedziałam, że świętowania nie będzie, bo obowiązki wzywają, a też od dwóch dni jestem trochę mniej mobilna, bo najprawdopodobniej złamałam palec u stopy, ale nie miałam czasu się tym zajać, tudzież zweryfikować swojej google-diagnzy.
Stwierdziłam więc, że umilę sobie dzień serniczkiem i chciaż ubiorę się ładniej niż zawsze.
Założyłam nową, czerwoną sukienkę do kostek, która idealnie komponowała się z moją kulawizną. Pląsały razem na wietrze niczym rusałki do momentu kiedy kula się skapnęła, że sukienka pomyliła układy i postanowiła ją zatrzymać. A zatrzymała ją w bardzo prosty sposób, tzn. przystając na niej. I jak tak na niej przystaneła, to sukienka presji nie wytrzymała i pękła.
Tuż pod biustem pękła...
I to byl początek pięknej przygody w nurcie który zwą Natalienizmem.
Bo dzieci dały równo popalić, zaczynając od NASIKANIA na paczkę na oczach kuriera, przez rzucanie bananami w sciany, po zamienienie łazienki w ocean NIEspokojny.
Potem było już tylko lepiej. 15 minut przed wyjściem z domu młoda dostała krwotoku z nosa, kolorując mnie, siebie i pół kanapy, przeprawiając mnie tym o zawał serca i świetnie się jednocześnie bawiąc. Kiedy opanowaliśmy krew przebraliśmy się 26363928 raz tego dnia to trzeba było już wsiadać do samochodu.
Młoda jak nownarodzona ucieka, młody prawie z płaczem krzyczy ze nie chce bez niej jechać, ja kulawa ją gonie...
Jest. Do fury. Jedziemy! Będzie 20minut spokoju!!!
Po przejechanym kilometrze (dzieki Bogu tylko kilometrze!)młody krzyczy, że jest niezapięty. Kolejny zawał. Hamuje. Wysiadam. Zapinam. Wsiadam. Wyzywam się w myślach od debili...
Wsiadając rozsypuje PYSZNE, DROGIE, RARYTASOWE migdały w czekoladzie. Większość udaje mi się zebrać, resztę pozbieram wieczorem.
Jade. Zaliczam największą dziurę w jezdni, rozwalam zawieszenie. Po drodze oddaje dzieci. Gnam do pracy. Udało się, jestem 2 minuty przed czasem. Mogłoby być już tylko tęczowo, ale... Nie mam wolnej sali ;)
Kolejne 3h to same przyjemności. Cieszę się w duchu, że mimo wszystko nie odwołałam dzisiejszych zajęć.
Po pracy wsiadam do samochodu. Stał w słońcu przez 3h. Te rarytaski... Nie mam co zbierać. Knuje gdzie ukryć samochód na weekend, żeby mąż się że mną nie rozwiódł.
Jade po dzieci, wracamy, kręcę kółka po okolicy 30km/h z nadzieją, że usną. Ktoś na pewno robi mi z okna zdjęcie i wrzuca na fb ostrzeżenie, że srebrny Citroën robi zwiady przed włamaniem.
Jedno odpadło. Dojeżdżam do domu, gdzie czekają na mnie dwie super babki z tortem bezowym❤ (dziękuję!). Ja wiem i wy wiecie, że jak młody choć liźnie cukru to nie zaśnie do wtorku.
Liznął.
Leżę obok niego i żyje nadzieją, że o 23:00 uda mi się założyć znowu tą podartą kieckę w kwiaty i spróbować serniczka. O ile mi wyszedł. Nie jestem co do tego przekonana, czuję, że ten dzień jeszcze nie postawił kropki.
Nie wiem co więcej napisać. Piątek, piąteczek, taki... zwyczajnie mój. Aż chciałoby się napisać, że dzień jak codzień 😅
No i wiecie, nadal jestem gówniarzem ❤
Fot. Nie mam żadnego lepszego zdjęcia z dziś🤷♀️